piątek, 10 lutego 2017

WŁOSY: Rozjaśnienie włosów balejażem i ocieplenie kolorem 9.31 + 10.31.


 Barbra Streisand, czyli moja osobista siostra, uwielbia poczyniać na własną rękę dzikie mixy na włosach (zupełnie jak ja, genów nie oszukasz), no i jak już włosy nic nie przyjmują, nie słuchają, właściwie, jak już zaistnieje masakra ostateczna, to wtedy następuje "jak trwoga, to do fryzjera" (niestety również zupełnie jak ja, genów nie oszukasz). Ma jednak ten plus, że kiedyś zachciałam być fryzjerem i jakąś tam wiedzę pochłonęłam w temacie, więc mix ostatniej szansy umiem jej dobrać (choć nie powiem, zdolna jest bestia, trochę czyta, trochę odgapia i mnie tym razem też wyciągnęła na dobrą drogę z włosami). Ale do rzeczy. Barbra Streisand prostuje włosy od wielkiego dzwonu (nie pochwalam, bo jak wyprostuje, to jest petarda!), ale wierzy w moce olejów egipskich, szamponów Babydream i czyta składy kosmetyków do włosów, czego ja nie robię nigdy. (Wiedzę na ten temat ma naprawdę ogromną i muszę jej zaproponować cykl na blogu, bo czasami podsyła mi takie proste i cudowne, naturalne i zdrowe sposoby na piękne włosy, że oko bieleje.) 
Od pewnego czasu, Barbra postanowiła nie malować włosów i zapuszczać swoje, czego dotrzymała, ale osiągając 15centymetrowy, ciemny odrost przy bardzo jasnym blondzie, kolor całościowy był godny głównego zdjęcia na stronie "faszyn from raszyn". Barbra głupia nie jest, przyciemniła jasne włosy, nie ruszając odrostu. Po kilkunastu wypłukaniach mamy efekt na pierwszym zdjęciu.
No i szał się skończył, trzeba było coś mądrego wymyślić na nadchodzącą wiosnę, wiecznie w czapce chodzić nie będzie ;-)

Życzenie klientki: Lekkie rozjaśnienie, ocieplenie części środkowej i końcowej włosów, ale zachowanie płynnego przejścia z zostawioną, naturalną częścią przy nasadzie (czytaj odrostem). Po polsku, odrost miał zostać naturalny, reszta miała być płynnie, naturalnie rozjaśniona. No i ma być bardzo naturalnie, mają być włosy jakby muśnięte słońcem!

Plan i wykonanie: Podjaśnienie balejażem, a następnie ocieplenie kolorem: 9.31 + 10.31 (2:1). Kolory idealne, żeby uzyskać włosy ciepłe, ale nie żółte, w delikatnym, naturalnym odcieniu beżu.


Wyszło naprawdę naturalne przejście i choć koloryzacja była delikatna, to włosy przy każdym ruchu wyglądają, jakby muśnięte słońcem. Brawo my!


Dajcie znać w komentarzach, czy chcecie takie wpisy na moim blogu, bo mogę Wam kilka fajnych ociepleń (i nie tylko!) pokazać ;-) Enjoy!

PS BABECZKI! Dalej nie mogę komentować bloga, więc z pytaniami walcie śmiało tu: kaj.zet@gmail.com (w tytule wpisujcie "WŁOSY BLOG")

środa, 1 lutego 2017

HOME DIY: Nowe życie starych krzeseł, czyli białe krzesła do jadalni.


 Gdybym Wam powiedziała, od kiedy te krzesła są #ugąsieniców, to w życiu nie uwierzylibyście! Powinny mieć już żółte, zabytkowe karteczki pod spodem, bo to prawie dziedzictwo kulturowe! ;-) Walczyłam z nimi przez ostatnie cztery lata, do tego miały magiczną moc "spadających siedzeń" - każdy, kto u nas w kuchni przebywał to potwierdzi, że choć raz spadł i mało sobie zębów nie wybił przez te krzesła. W tym roku nawet znalazłam już nowe, ale ostatnio wyjazd do Ikei w Krakowie to wyprawa życia, więc zaczęłam się poddawać. Dopóki był zielony dywan, przymykałam oko na te krzesła, ale odkąd wszystko w kuchni zostało wymienione na szare, białe, albo czarne, powiedziałam dość tym zabytkom! No i jak to u mnie bywa, internety, kurierzy i w dwa dni nowe krzesła zawitały do naszego domu!


 DIY:

- krzesła (wiadomo),
- biała farba - kiedyś powiedziałam Wam, że ta Śnieżka to tragedia (czytaj TU), ale że to było dawno i trochę o tym zapomniałam, tak wysłałam Jędrka po "białą farbę do mebli" i jak ją przywiózł, kompletnie nie pokojarzyłam faktów. Przypomniało mi się za to doskonale po dwóch pociągnięciach pędzlem po krzesłach... ale cóż, nie będę ukrywać, że przemęczyłam i pomalowałam nią do końca wszystkie krzesła,
- materiał tapicerski - internety pękają w szwach, kiedy zaczniecie szukać,
- gąbka tapicerska - do kupienia za grosze na allegro, w różnych grubościach,
- klej silikonowy w pistolecie, do klejenia na gorąco.


 Okazało się, że gąbek w ogóle nie użyłam, bo chciałam je przykleić na stare, ale byłoby zdecydowanie za dużo i za grubo. Obawiałam się, że oparcia będę musiała szyć ręcznie (o zgrozo), jednak klej silikonowy idealnie się do tego sprawdził - wystarczy wszystko dobrze wymierzyć, powycinać i sklejenie zajmuje dosłownie 5 minut.

Mam dla Was dwie rady: 
1. Klej sylikonowy w pistolecie to najlepszy wynalazek świata do wszystkich rzeczy DIY.
2. KRZESŁA PRZED POMALOWANIEM NALEŻY ZMATOWIĆ PAPIEREM ŚCIERNYM (Chyba, że chcecie, jak ja, na drugi dzień od przyniesienia krzeseł do jadalni, znów je wynosić, zdzierać farbę i jeszcze raz odwalać całą robotę z malowaniem... Tak, nie zmatowiłam. Tak, nie wiem, gdzie miałam łeb.)


 I tyle. Malowania jeden dzień, tapicerowania godzina, przykleić siedzenia i przykręcić oparcia potrafi każda babeczka. Żeby przedstawić tu choć zarys kosztorysu, to powiem Wam, że odnowienie sześciu krzeseł nie kosztowało mnie więcej niż 100 złotych. A wygląda fajnie, fajniej niż na zdjęciach - zapraszam na kawę, to zobaczycie ;-)


Enjoy!

niedziela, 29 stycznia 2017

Czego kobiety pragną najbardziej, czyli przegląd świecidełek na Walentynki.

Od zawsze, kiedy Mężczyzna pytał, co chcę dostać na Walentynki (swoją drogą uważam, że jest to pytanie tak słabe, że nie powinno nigdy padać), odpowiadałam, że kartkę. Taką zwykłą, tanią, z serduszkiem, czy przesłodzonymi misiami na okładce, ale bardzo zapisaną w środku - zapisaną szczerze i prosto z serca, jak na Święto Zakochanych przystało. I dostawałam, ale okupione to było kilkudniowym jojczeniem, jakby spisywał testament.
Dziś mam 28 lat i dorosłam dorosłam do tego, żeby odpowiedzieć Mężczyźnie, że chcę złoto, diamenty i w ogóle, im bardziej się zaświeci, tym lepiej ;-)
I wiem, że Mężczyzna coś ostatnio jednak zagląda na mojego bloga, i jeśli zaglądnie odpowiednio szybko, to magiczne pytanie w tym roku nie padnie, a "testament" napisze szybciej, niż mi się wydaje ;-)

A tak na serio, no nie powiecie mi, że choć w małej części nie jesteście przysłowiowymi "srokami" i nie lubicie mieć świecidełek wśród biżuterii. Ja ostatnio na INSTAGRAMIE powiedziałam Wam, że aktualnie prócz tysiąca chokerów nie uznaję żadnej biżuterii, ale nawet jak nie uznaję, to nie znaczy, że nie chciałabym i nie mogłabym mieć! Przeszukałam internety i znalazłam 20 fantastycznych serduszek, w których się zakochałam, i które od razu mogłabym przygarnąć ;-)


1 2 3 4 5 - najpiękniejsze żółte złoto - APART
6 7 8 9 10 - najpiękniejsze białe złoto i srebro - PANDORA
 

11 12 13 14 15 - LILOU
16 7 18 19 20 - YES

Moim faworytem jest zdecydowanie Pandora, a kiedy wczoraj weszłam do stacjonarnego sklepu na Krupówkach, to myślałam, że już nie wyjdę. Mogłabym mieć KAŻDĄ rzecz tej marki.

PS Babeczki, polecicie mi jakieś fajne sklepy internetowe z biżuterią? A może któraś z Was robi biżuterię, to zostawcie link w komentarzu, chętnie zaglądnę w wolnej chwili!

piątek, 27 stycznia 2017

Instagram MIX - styczeń 2017!


Oficjalnie witam w 2017! ;-)
Jak co roku, rozpoczęłam urodzinami, o czym mogliście przeczytać tu: "Bday Girl!".

CO U MNIE 


Powiem Wam szczerze, że kiedy TO pisałam, naprawdę myślałam, że pójdzie pięknie i ładnie. W praktyce miesiąc upłynął mi na przyjmowaniu gości, łamaniu diety na każdym kroku i zajmowaniu się wszystkim, tylko nie treningiem. Nie oznacza to, że leżałam i jadłam, broń Boże! Mąż zainwestował w siłownię #ugąsieniców, od razu położyłam jedną sztangę w salonie i trzaskam te przysiady w wolnych chwilach, choć najczęściej i tak kończę z TAKIMI przysiadami. Reasumując, wszystko u mnie dobrze, tylko porządnego kopa w cztery litery potrzebuję, hej.

No i rozpoczęłam przygodę z "rękawem", o którym marzyłam, ale nigdy nie było mi po drodze - pierwsze kwiaty wjechały na rękę, jak się wygoją, to pokażę w całej okazałości!


CO U ZOSI
Instastory nie kłamie - zaczynam sobie nie radzić z jej stylówkami. Majtki na głowie to ostatni "must have" wszystkiego, błękitne futro i przeciwsłoneczne okulary zawsze do obiadu, a szary dres na galowe wyjścia. Po bilansie dwulatka, w końcu schudła do siatki centylowej, więc brawo Zofia!


CO U STASIA
 Poszedł w ślady siostry i przesypia prawie całe noce (hurra!) i nie mieście się w centylach (tu mój trochę mniejszy entuzjazm). I to, że mówię o nim Gender Cygan w różowym kocyku, jest czystą miłością, nie wiem, jak można to odebrać i pomyśleć inaczej.


I narodziła się między tą dwójką taka komitywa, że aż im zazdroszczę! Zośka po miesiącu zaczęła tolerować nowego członka rodziny, a Staszek przestaje być człowiekiem - embrionem i zaczyna łapać kontakt ze światem. Zośka uczy go piosenek i nie rozumie, czemu mu tak marnie idzie, a on do niej gaworzy i dzielnie znosi degustację setek potraw gotowanych na pluszowych warzywach z Ikei. No i kiedy biedak zapłacze sobie jeden raz w nocy, przed karmieniem, od razu siostra przyleci ze swojego pokoju, żeby nachylić się nad kołyską i wrzasnąć na niego z wyrzutem. Czuję, że kiedyś jeszcze będzie o tym duecie głośno.


OGŁOSZENIA PARAFIALNE Z ZAKOPANEGO!
 No napisałabym, że Kamil Stoch rozwalił ten miesiąc w tym mieście, ale to pewnie wszyscy widzieli i wiedzą, więc napiszę, że cieszymy się zimą idealną i... byle do wiosny ;-)


 ULUBIONE ZDJĘCIE MIESIĄCA!
Stach i Zocha, w wersji na Dzień Babci i Dziadka!


Zapraszam na INSTAGRAM     


piątek, 13 stycznia 2017

Kosmetyki: Nowości kosmetyczne - styczeń!


1. Farba do włosów RR Line - w poprzednim denku kosmetycznym ("Denko kosmetyczne - styczeń!") przedstawiłam Wam farbę Kallos, z której byłam bardzo zadowolona, dziś przedstawiam Wam inną, równie wydajną, która miała dwa intrygujące mnie kolory, którymi stwierdziłam, że uda mi się "wrócić do natury". I właściwie jestem już po farbowaniu, udało się, ale o efektach będzie oddzielny post.


2. Podkład rozświetlający Lirene Shiny Touch - ostatnio temat rzeka. Poprzednio używałam Lirene Intensive Double Cover, jednak kiedy byłam najbardziej nim zachwycona, wycofali go. I zabolało to nie tylko mnie, o czym świadczą Wasze komentarze i maile. Powiem Wam szczerze, że ten jest lżejszy, mniej kryjący, ale daje na tyle radę, że aktualnie jestem mu wierna od roku i nie zamierzam tego zmieniać.


 3. Tusz do rzęs Maybelline The Colossal Go Extreme, leather black - o matulu, uwielbiam! Bardzo pogrubia i nie skleja. Kolejny Maybelline, czyli mogę stwierdzić, że uwielbiam wszystkie tusze tej marki.

4. Tusz do rzęs Lovely False Lashes - niepozorny, tani, jak barszcz, a delikatnie pogrubia i podkręca, idealny do codziennych "make up no make up".

5. Tusz do rzęs Maybelline NY Great Lash - jak wspomniałam, w wyżej wymienionym denku, siostra zaraziła mnie nim i mam już kolejny.

6. Lovely Dark Nude Make up Kid, czyli cienie do powiek - tego dawno u mnie nie było, bo cieniami maluję się od wielkiego dzwonu i miałam swoje niezawodne, wiecznie zakurzone palety, jednak postanowiłam wymienić sto nieużywanych paletek, na jedną, a fajną. I kupiłam tą, idealną do "smoky eyes", mojego niezawodnego makijażu na większe wyjścia. Kolory są cudowne: od jasnych matowych i błyszczących, po wszelkie nude, beże, brązy, po czarny. Podoba mi się to, że w jednej paletce są cienie do wykonania tego samego makijażu w wersji matowej i błyszczącej. Będę używać!

7. Studio Eyebrow Kit Miss Sporty, czyli zestaw do malowania brwi - malowanie brwi, czyli to, co kobiety, które nie posiadają makijażu permanentnego, czy dobrej henny, powinny mieć w jednym paluszku. Stosowałam już zestaw z Bourjois, Astora i Revlon'u, a ostatnio kupiłam ten, na spróbowanie. Za mało jeszcze nim pomalowałam, żeby odpowiednio zachwalić, czy zniechęcić, ale tak niska cena sprawia, że można śmiało spróbować.

 

 8. Baza pod lakier hybrydowy Semilac - przetestowałam bazę, bazę witaminową i bazę top 2w1 i powiem Wam, że tylko na zwykłej bazie trzymają mi się lakiery hybrydowe. Bazę witaminową próbowałam, kiedy zaczęły się moje problemy z pazurami, 2w1 zachwyciłam się, ale hybryda schodziła mi po trzech dniach, a z tą mam spokój na prawie trzy tygodnie (co u mnie jest bardzo długim czasem).

9. Semilac 033 Pink Doll - jak kupiłam, to od razu ściągnęłam poprzednie, trzydniowe paznokcie, bo musiałam spróbować! ;-) Mam chyba słabość do wszystkich czerwonych i neonowych kolorów, a ten jest cudowny! Mam go właśnie na pazurach już prawie tydzień, więc oszczędzę Wam widoku odrostów, ale jestem nim zachwycona do tego stopnia, że zrobię go sobie jeszcze raz, drugi raz pod rząd, co mi się rzadko zdarza, i Wam tu pokażę.

10. Utwardzacz do paznokci Essence - w denku obiecałam, że pokażę Wam cudowną rzecz do zapuszczania naturalnych paznokci. I oto ona! Ten utwardzacz naprawdę odwalał kawał dobrej roboty, i po dwóch warstwach był twardy, jak baza pod hybrydę. Mega wydajny, mega tani, warto spróbować, jeśli ktoś chce mieć długie, twarde paznokcie, bez żeli czy hybryd.


 11. Krem do twarzy Ziaja Z wit. C i HA/P - właściwie poszłam po inny, wyszłam z innym, czyli standard. Jestem po tygodniu używania go i jestem zachwycona! Już dawno żaden krem tak nie regenerował mi skóry, żebym rano mogła się pokazać bez make up'u! ;-)

12. Evree Multiolils Bomb, olejek do ciała - no cóż, ciało po dwóch ciążach pozostawia wiele do życzenia (co zobaczycie w maju, kiedy to opublikuję Wam zdjęcia tuż po ciąży i po okresie ciężkich ćwiczeń i wyrzeczeń), ale wierzę, że i to można pokonać i naprawić. Stosuję kilka fajnych kosmetyków, dziś polecam Wam ten olejek, który doskonale nawilża i nie brudzi ubrania, co u mnie naprawdę rzeczą, na którą zwracam dużą uwagę.


13. Matowy błyszczyk Kylie Cosmetics Mary Jo K, wersja z konturówką - pisałam nie raz, nie dwa, że jest to najpiękniejsza czerwień, jaką miałam!

14.  Matowy błyszczyk Kylie Cosmetics Koko K - wygląda, jak różowy wymieszany z beżowym, idealny na co dzień.

15. Czerwony, matowy błyszczyk Lovely Matt & Lasting - to była moja ulubiona czerwień, zanim kupiłam Mary Jo K. I ten też daje radę, co pokażę Wam w poście, który porówna obie te marki. 

Zastanawiacie się, jak można porównać Kylie Cosmetics do Lovely? Możecie się bardzo zdziwić ;-) Post ukaże się niebawem!


16. Konturówki Kylie Cosmetisc i Avon - pierwsza do kompletu, druga idealnie pasująca do Lovely.

17. Szminka wet'n'wild, dark wine - moja słabość, kupuję ją hurtowo w drogeriach Natura, bo nigdzie indziej ich nie widuję, a hurtowo, bo boję się, że też nagle zostaną wycofane, a to jest zdecydowanie kolor, od którego (prócz czerwieni) jestem uzależniona!

18. Miętowy EOS - ulubiony ratunek na wszystko, od wysuszonych ust, przez otarcia i pęknięcia skóry (tak, u mnie sprawdza się, jak nic!). Ale o EOS'ie usłyszycie jeszcze w poście z matowymi błyszczykami, więc nie będę się tu rozpisywać. Podsumowując - kupować i nie zastanawiać się ;-)


I tyle na dziś. Miłego dnia i do zaś! ;-)

niedziela, 8 stycznia 2017

KOSMETYKI: Denko kosmetyczne - styczeń!


1. Balsam do ciała Indigo, wersja AROME 99
2. Krem do rąk Indigo, wersja SEVENTH HEAVEN 
3. Masło SHEA Indigo, wersja POP SUGAR

Jak pisałam w poprzednim poście ("Semilac 140 Little Stone + Semilac 130 Sleeping Beauty oraz podsumowanie regeneracji paznokci z Indigo.") zużyłam wszystko ekspresem, ale nie żałowałam sobie i dzięki temu, po trzech miesiącach dłonie i paznokcie mam jak nówki sztuki. W skali od 1 do 6: 6 i kupię ponownie (a już na pewno od razu ten krem do rąk!).


4. Farba do włosów Kallos KJMN - wersja z keratyną i olejkiem arganowym.
Mam bardzo dużo, bardzo gęstych włosów, więc gdybym chciała malować je w domu farbami z drogerii, spokojnie zużywałabym 4 opakowania na jeden raz. Szukałam czegoś ekonomiczniejszego i dobrego i po kolejnych próbach i błędach natrafiłam na te farby. Nie ma nic lepszego dla mnie, niż stosunek farby do oksydantu 1:1,5, bo kupuję dwie farby i mieszanki wychodzi mi aż za dużo. Cena śmiesznie niska, dużo odcieni blondu, osobiście przetestowałam 4 i za każdym razem byłam zadowolona z efektu końcowego. Ostatnio, po porodzie jednak chyba hormony mi do głowy uderzyły i zrobiłam sobie taki meksyk rozjaśniaczem i dziwnymi mieszankami drogeryjnymi, że o ratowaniu tego postanowiłam poświęcić oddzielny post, bo naprawdę warto, ku przestrodze ;-)
A wracając do dzisiejszej farby, w skali od 1 do 6: 6 i kiedyś na pewno kupię ponownie.

5. Krem do twarzy Soraya AQUACELL, regenerujący krem kompres na noc.
 Konsystencja błękitnej galaretki, co niestety nie sprawdza się u mnie dobrze i na mojej przesuszonej wiecznie skórze wchłania się w trybie natychmiastowym, więc taki krem starcza mi na tydzień z hakiem. Co oczywiście nie zmienia faktu, że fajnie nawilża, pachnie i drogi też nie jest, jednak nie zachwycił mnie aż tak, żebym kupiła go teraz ponownie. W skali od 1 do 6: 4.

6. Sól do kąpieli Purity White Tea.
I tu wyjdzie znów moja obsesja do zapachów, bo pachnie tak obłędnie, że można w wannie odlecieć. Chyba powróciła moja miłość do zapachu herbaty i jak tylko wejdę do drogerii, to kupię zapas tej soli na cały rok. W skali od 1 do 6:6.


7. Oliwkowy tonik z wit. C ZIAJA.
Pamiętam, jak w poprzednim denku się nim zachwycałam, po drugiej butelce mam już go jednak dość i choć w skali od 1 do 6 daję mu 5+, tak na razie nie kupię go ponownie.

8. LIRENE, Shiny Touch, czyli fluid rozświetlający.
Nie zliczę, które opakowanie z kolei. Ostatnio pojawiła się masa komentarzy i wiadomości o niego (i tak, moje Drogie Panie, też płakałam, jak wycofali Double Cover!). Ten też daje radę - sprawdzony, teraz ulubiony i już. W skali od 1 do 6: 6!

 9. Preparat przyspieszający wzrost paznokci LOVELY.
O MAMO, nigdy więcej. Chciałam kupić coś szybko, kiedy rozpoczęłam regenerację bez hybryd, a wiadomo, jak się człowiek spieszy, to... dupa straszna. Mam wrażenie, że preparat wręcz osłabiał mi paznokcie i nie łudźcie się, puste opakowanie nie świadczy, że go zużyłam - Zofia pewnego pięknego dnia podlała nim kwiatki. (Też zdechły :P). Znalazłam jednak coś lepszego, ale pokażę i opowiem o tym w kolejnym poście. W skali od 1 do 6: 1 i nigdy więcej go nie kupię.


Zanim przejdę do tuszy, musicie wiedzieć, że u mnie z tuszami, jak z kremami do twarzy - mam ich zawsze dużo, ale chyba jeszcze żaden nie powalił mnie tak na kolana, żeby kupić go dwa razy pod rząd.

10. Tusz do rzęs Maybelline NY Lash Sensational.
Jeden z nielicznych z gumową szczoteczką, który nie skleja mi trzech warstw tuszu na rzęsach. Muszę powiedzieć, że był na tyle dobry, że zaryzykowałabym i kupiłabym drugi raz pod rząd. W skali od 1 do 6: 5+.

11.  NYC Big Curl Mascara.
Nie kupiłam, dostałam ze Stanów, ale oczekiwałam większego curl i wow, a nic takiego nie było. Używałam sporadycznie jako drugą warstwę, bo po pewnym czasie odkryłam, że w tej roli nawet daje radę. W skali od 1 do 6: 2 i nie kupiłabym go ponownie.

12. Maybelline NY Great Lash.
Tak naprawdę do użycia go zmusiła mnie moja siostra, która jest jego fanką. Ani specjalnie nie wygląda, ani szczoteczka nie powala na kolana, prawdę mówiąc nie zwróciłabym na niego uwagi w sklepie, co byłoby błędem! Tusz naprawdę daje radę, pięknie rozdziela i wydłuża rzęsy. W skali od 1 do 6: 5 i kupiłam ponownie, co zobaczycie w kolejnym poście.

Bo właśnie w kolejnym poście pokażę Wam kilka nowości kosmetycznych, od cieni do powiek, których nie używałam do tej pory, przez inną, równie wydajną farbę do włosów, po porównanie matowych błyszczyków Kylie J z matowymi błyszczykami Lovely. Wszystko w kolejnym poście, teraz miłego dnia, hej!

piątek, 6 stycznia 2017

PAZNOKCIE: Semilac 140 Little Stone + Semilac 130 Sleeping Beauty oraz podsumowanie regeneracji paznokci z Indigo.


 Zanim podsumuję dzisiejsze kolory, chciałam Wam przedstawić moje paznokcie po 3miesięcznej przerwie od hybryd. W październiku pisałam Wam, że mam duży problem z paznokciami, ale jeśli ktoś nie pamięta, to odsyłam do wpisu: "INDIGO HOME SPA, czyli jesienna pomoc dla zmęczonych dłoni i paznokci." - dziś czas na podsumowanie. Powiem Wam, że rozpoczynając wtedy regenerację byłam sceptycznie nastawiona i nie liczyłam na cud, nawet na żadne większe skutki. I tu, chwała Panu, bardzo się pomyliłam, bo przez te trzy miesiące naprawdę zużyłam wszystkie tamte kosmetyki, przyłożyłam się do systematyczności, jak nigdy, a moje paznokcie zaczęły rosnąć (nawet mały, który jest moją odwieczną zmorą, patrzcie! ;-)), skóra dłoni rzeczywiście stała się delikatna i miękka, a tyle, ile nawdychałam się przy tym cudownych zapachów, to głowa mała.
Żeby nie być gołosłowna, zdjęcie "przed i po" poniżej:


A teraz powrót do dzisiejszych kolorów. 140 Little Stone i 130 Sleeping Beauty to kolory, które mam w swoim zbiorze od bardzo dawna, ale pierwszy raz w duecie na paznokciach. Co prawda nie jestem fanką różnokolorowych paznokci, ale dziś zrobiłam wyjątek, bo w tamtym tygodniu zamówiłam nowy kolor, który chciałam dziś nałożyć, ale kurier zrobił mnie w bambuko i wiezie mi go do mojej krainy zimna już czwarty dzień. Oba kolory potrzebują dwukrotnej warstwy, żeby dobrze pokryć, ale myślę, że efekt jest naprawdę fajny i ciekawy. Polecam!


 Mój Semilac w innych postach: