czwartek, 23 kwietnia 2015

WŁOSY: Ombre na długich włosach, wiosna 2015.


 Wiosna w powietrzu, wiosna w życiu i wiosna na głowie! ;-) Jeszcze nie odważyłam się zapoznać moich długich włosów z nożyczkami, jednak postanowiłam coś zmienić w tym sezonie. Jako młoda matka, stawiam przede wszystkim na wygodę z włosami, dlatego najczęściej związuję je po prostu w koński ogon. Co do koloru, to zależało mi na tym, żeby nie biegać co 3 tygodnie do fryzjera, dlatego myślałam, myślałam i wymyśliłam! 
Z dotychczasowych eksperymentów kolorystycznych, zdecydowanie z największym sentymentem zawsze patrzę na ombre i co jakiś czas powracam do tej koloryzacji. Ombre, to po prostu mój kolor ;-) Cieszę się, że tym razem udało mi się zapuścić dość pokaźny kawałek moich naturalnych włosów (w końcu ostatni raz włosy malowałam ponad pół roku temu) i mam rozjaśnione tylko końce, przez co będę mieć trochę spokoju z odrostami na jakiś czas. Na jakiś czas, dopóki jakiś kolejny, cudowny kolor nie wpadnie mi w oko :P 
Póki co, oto nowa Skalska! TA - DA - DAM!

środa, 25 marca 2015

Strój dnia: Denimowa, pastelowa i wiosenna Mama!


Chyba nie muszę tłumaczyć, jak pierwsze wiosenne i słoneczne dni poprawiają mi humor i ułatwiają codzienne spacery - koniec z przedzieraniem się przez śniegi! Koniec z ciężkimi butami! Koniec z grubymi kurtkami! I teraz, znając moje szczęście, pochwaliłam się i jutro spadnie śnieg ;-) Ale urlop mam w grafiku (urlop macierzyński to nie urlop - zapamiętać), a tam, gdzie jadę jest ciepło, więc tu niech nawet żabami sypie.
Dziś wersja pastelowa, denimowa, lekka i wygodna. Jasny denim w roli głównej - te spodnie to mój ulubiony model boyfriendów, a kupiłam je sto pięćdziesiąt lat temu w H&M i teraz nagle znów się w nich zakochałam. Krótką kurtkę kupiłam za złotówkę w secondhandzie i polubiłam nie mniej niż spodnie. Do dżinsu dodałam ulubioną koszulę w kratę i wygodne trampki (cud! tak! trampki w marcu! i to na Podhalu!) i wyjechałam na spacer, bo grzechem z takiej pogody nie korzystać, a święta za pasem, grzeszyć nie wolno.


 Koszula i spodnie: H&M. Kurtka: secondhand.

Chciałam pokazać Wam też cudną stylówkę Zosi, jednak pozwoliła tylko pokazać swoje buty ;-)


Enjoy!

poniedziałek, 9 marca 2015

Dobre miejsce w Zakopanem: Geek Code - najlepsze koszulki w mieście.

Na dobre rozpoczęcie tygodnia mam dla Was kolejne dobre miejsce w Zakopanem ;-)

Zawsze zastanawiały mnie tłumy turystów walące prosto z Krupówek do dostępnych tu sieciówek, typu H&M, Reserved, czy kilku innych. Kiedy zaczęłam pracować w jednej z nich odkryłam, że większość turystów argumentuje kupowane tu rzeczy jako "pamiątki z Zakopanego", czego totalnie nie ogarniam ;-) No bo te sieciówki ani z dużym wyborem asortymentu (w porównaniu z innymi miastami w Polsce, skąd Ci turyści przyjechali), a nazywanie sukienki z Reserved pamiątką z Zakopanego (gdzie jeszcze tego samego dnia, można zobaczyć kilka osób w tej samej sukience na Krupówkach) jest trochę dziwne. A może to ja jestem dziwna ;-) 
W każdym razie, jeśli chcecie fajną pamiątkę z Zakopca oraz zapewnienie, że nie miniecie nikogo w tej rzeczy na najsłynniejszej ulicy w Zako, mam dziś dla Was dobry adres!

Geek Code, to sklep, w którym ostatnio się zakochałam i możecie być pewni, że jeszcze co najmniej kilka razy usłyszycie o nim w moich postach. RED is BAD, EVC DSGN, Piepon, ALOHA FROM DEER, The Mountain - to tylko niektóre dobre metki w tym sklepie:




A żeby nie zamykać się w kręgu koszulek, w Geek Code dostaniecie też fajne bluzy, legginsy, poduszki, pościel czy nawet skarpetki i stroje kąpielowe! A komu dalej mało, ten może usiąść sobie na wygodnej kanapie w sklepie i przeglądnąć ogromny katalog z wzorami na zamówienie, bądź zamówić koszulkę z własnym nadrukiem ;-)


Uprzedzając pytania, oczywiście, że nie wyszłam z pustymi rękami - poniższa Mona z kotem w swetrze (EVC DSGN) to moja nowa miłość na rozpoczęcie tej wiosny i już wkrótce zobaczycie ją w całej okazałości:


Kto w Zako, musi udać się na ulicę Staszica 12 (idąc od dołu Krupówkami, przy oczku wodnym w lewo i po 50 metrach dojdziecie do celu), a najlepiej dojść do słynnego oczka wodnego, gdzie odpowiednia osoba z reklamą sklepu przekieruje Was w dobrą stronę. A kto nie w Zako, a też by chciał, to walić do e-sklepu, schowanego w linku poniżej ;-) Enjoy! 

Geek Code webside - link
Geek Code facebook - link
Geek Code instagram - link

środa, 4 marca 2015

WŁOSY: Pielęgnacja włosów w ciąży, czyli prawda o szybkim wzroście, gładkości, cudowności i... wypadaniu.

Dziś chciałam poruszyć temat włosów podczas ciąży... i nie tylko. W poniższym poście znajdziecie opis tego, że w ciąży miałam włosy tak cudowne, jakich w życiu wcześniej nie miałam oraz to, czym aktualnie się na nich wyżywam, żeby cudowny stan trwał jak najdłużej.


 
Jak już pisałam, najpierw zaczęłam olejowanie, jednak musiałam z niego zrezygnować (a właściwie odłożyć w czasie), ponieważ mycie i wypłukiwanie z włosów oleju, co trwało dobre pół godziny, w pozycji pół-zgiętej nad wanną, z Zojdą w wielkim brzuchu, naprawdę nie wchodziło w rachubę. (Jednak wpis wciąż do poczytania - Olejowanie, link.)

Następnie postanowiłam, że skoro taka kuracja odpada, to sięgnę po sklepowy produkt - zastrzyki z keratyny marki Schwarzkopf (link). Nie będę Wam tu opisywać składu, no bo przecież na kosmetykach się figę znam ;-), jednak chcę przedstawić Wam opis działania na moich włosach.


W pudełku jest 8 ampułek wypełnionych bezbarwnym płynem, który dobrze rozprowadza się na włosach - nawet na moją masakryczną ilość włosów wystarczała jedna ampułka, co się bardzo rzadko zdarza. W roli przypomnienia, mam włosy grube, długie, suche i zniszczone zabiegami fryzjerskimi, a myję je dwa razy w tygodniu, dlatego, że w ogóle mi się nie przetłuszczają, i nie mam potrzeby częściej. Z prostego rachowania, kuracja zajęła mi miesiąc. 


Sposób użycia? Najpierw myłam głowę szamponem (wciąż wierna L`oreal Absolut Repair, wykańczam właśnie drugą butlę i poszukam czegoś ciekawszego ;-)), następnie wyciskałam płyn z ampułki na włosy, po 15 minutach, kiedy włosy nasiąkły, spryskiwałam je odżywką w spray'u, żeby rozczesać czuprynę. I finito, tak przez miesiąc, po którym moje włosy doszły do takiego stanu, że nie używam prostownicy ;-)



Kolejna ważna rzecz, to szczota, szczota i jeszcze raz szczota! Oczywiście odpowiednia do danych włosów. Ja od jakiegoś czasu używam płaskiej szczoty Remingtona (swoją drogą, nie wiem czy wiecie, ale to jest model, który odżywia włosy - zawsze mnie bawi to stwierdzenie), która dobrze i szybko rozczesuje moje włosy oraz idealnie sprawdza się przy prostowaniu ich suszarką. Dla mnie szczota na 5+.


I na koniec należy pamiętać, że systematyczne podcinanie włosów u fryzjera, to sprawa kluczowa w zapuszczaniu włosów. Brzmi jakbym zaprzeczyła samej sobie, ale taka jest prawda - włosy niepodcinane rozdwajają się na końcach, łamią i nigdy nie przekroczą pewnej długości. Znacie ten stan, kiedy zapuszczacie włosy i ni jak nie możecie przekroczyć pewnej granicy? Otóż to właśnie wina łamiących i wykruszających się włosów. A jeśli ktoś narzeka, że centymetr fryzjerski ma 5 normalnych centymetrów, i fryzjer zawsze tnie ile chce, to niech zmieni fryzjera na takiego z dobrym wzrokiem ;-)

Wracając do tematu włosów w ciąży, wraz z urodzeniem dziecka, rozpoczął się u mnie etap wypadania włosów, co jest zupełnie naturalną reakcją organizmu. Jeśli ktoś narzeka na wypadanie, bo ma pełną szczotkę włosów po dwóch dniach, to na pocieszenie powiem, że moją szczotkę czyściłam dwa razy podczas jednego czesania (opisy zatkanej wanny, prysznica i pędzące po podłodze tornada z włosów pozwolę sobie opuścić). Po raz pierwszy w życiu cieszyłam się, że mam tak dużo włosów! Taka makabra trwała dwa miesiące, teraz wszystko się unormowało i tylko czekam, aż z wiosną wybiją na mej głowie miliony małych, odstających i wkurzających antenek ;-)

Podsumowując, prawda jest taka, że w ciąży w organizmie kobiety hormony hulają jak głupie, co oczywiście nie przechodzi bez echa obok włosów. Ja w ciąży miałam włosy cudowne! - Grube, lśniące jak nigdy dotąd, a rosły jak szalone i zdecydowanie przekraczały standardową granicę 1cm na miesiąc. Obiektywnie nie mogę stwierdzić, czy to dzięki hormonom, zastrzykom z keratyny, czy mojej obsesyjnej pielęgnacji, jednak na pewno po części każdego. No nic tylko dzieci rodzić :D


Enjoy! ;-)

środa, 25 lutego 2015

Czas dla dziecka: Moja pierwsza, domowa wyprawka dla dziecka, czyli co było mi niezbędne oraz czego drugi raz bym nie kupiła.

Kontynuując poprzedni wpis:


1. Zestaw rossmannowki Babydream - spośród pełnej gamy ja wybrałam lotion, oliwkę, puder i krem ochronny na zimę. Z całego zestawu oliwkę używam najczęściej, lotionu nie użyłam jeszcze wcale (ponieważ kąpię Zojdę w emoliencie, po którym dodatkowe nawilżanie skóry nie jest potrzebne, patrz punkt: 24). Dlatego, jeśli czyjeś dziecko nie rodzi się w zimie, krem i lotion zostawiłabym na razie na półce w sklepie.
2. Zestaw Johnson's dostałam w prezencie, a JAK MÓWILI przed porodem, emolient jest cudowny na wszystko, więc szampony i żele są zbędne. Racja, a co jeśli dziecko ma okropną ciemieniuchę, którą smaruję oliwką lub tłustym kremem, po których dziecko ma okropną, klejącą czuprynę (a Zojda ma włosy prawie po pas) i emolient mi tego nie zmyje? Ja osobiście, kiedy właśnie walczę z ciemieniuchą, używam podczas kąpieli i szamponu i delikatnego żelu (bo Zojda pcha wszędzie łapy, a szczególnie do klejących się ust, kiedy pije z butelki, przez co hoduje nie wiadomo co na dłoniach i nie wyobrażam sobie umyć tego samą wodą). Lotion, jak wyżej, póki co zbędny. Cała reszta na piątkę z plusem.


3. Balsam La Roche - Posay do skóry atopowej - co prawda nie mamy problemu z atopową skórą, jednak Zojda po porodzie miała tak suche dłonie i stopy, że skóra odchodziła z nich płatami. Po kilku dniach stosowania wyżej wymienionego balsamu, problem zniknął.
4. Dwie Ziajki: krem do pielęgnacji i maść przeciw odparzeniom - pierwszy krem ma fajną, delikatną konsystencję i udało mi się go kilka razy użyć (kilka, bo staram się mało obciążać delikatną skórę), co do odparzeń, to wcześniej stosowałam Sudocrem i Desitin. Jest jeszcze Bepanthen, ale w moje ręce jeszcze nie trafił.


5. Płatki kosmetyczne w wersji dużej, dla niemowląt i zwykłej, prosto z mojej kosmetyczki - prawdę mówiąc używam ich tylko do przemywania twarzy Zojdy (a Zojda śpi z kocami i maskotkami na głowie, przez co wiecznie walczymy z potówkami przez pocieranie herbatą rumiankową - zapamiętać, bo działa fest!).
6. Octenisept - preparat do pielęgnacji pępka, polecany i niezbędny.
7. Patyczki kosmetyczne - kupiłam te dla dzieci, jednak jak widać na zdjęciu, częściej używam tych zwykłych.


8. Chusteczki nawilżane - niestety poszłam na wygodę i nie używam zmoczonych wodą wacików, tylko przy przewijaniu bawię się chusteczkami. Poza tym, dalej uważam, że są dobre do wszystkiego, więc zawsze mam ich zapas. I dobre pudełko, w którym nie wysychają.
9. Pampersy - nie widzę różnicy między oryginalnymi Pampersami, pieluchami Dada czy innymi (a przetestowałam już chyba wszystkie), dlatego kupuję te, które aktualnie są na promocji. Bo dziecko sika jak fontanna, więc skoro nie przeszkadza, to po co przepłacać.
10. Woreczki na zużyte pampersy - cudowna, cudowna, pachnąca rzecz!


11. Sól fizjologiczna - MÓWILI, że potrzeba do przemywania oczu i twarzy, to kupiłam. Zużyłam może dwie fiolki i przerzuciłam się na łagodzącą herbatę rumiankową. Soli drugi raz bym nie kupiła.
12. Mini gruszka do nosa - malutka, z miękką końcówką, przez co nie ma krzyku ani płaczu.
13. Zestaw do włosów - u nas niezbędny, bo Zojda ma włosy prawie po pas (i oczywiście nienawidzi już samego widoku tych narzędzi). Szczotka i grzebień nie tylko są dobre do czesania, jak również masowania głowy, czy wyczesywania ciemieniuchy.
14. Zestaw do paznokci - cążki i pilnik można sobie odpuścić (u nas nie były użyte jeszcze ani razu), ale te nożyczki z zaokrąglonymi końcami są cudowne i przynajmniej dla mnie, niezbędne.
15. Termometr - kiedy kupowałam, wybrałam prosty, wyginający się, gumowy, przyjazny dzieciom. Owszem, da się zmierzyć Zojdzie temperaturę, ale wolałabym coś szybszego i łatwiejszego. Teraz szukam jakiegoś lepszego, takiego na dotyk do czoła, czy bezdotykowego - ma ktoś takie cudo i mi poleci? No bo oczywiście dalej nie mam pojęcia, które są dobre.


16. Pieluchy tetrowe i flanelowe - żeby nie skłamać, mam jednych i drugich po 10 sztuk. Tetrowe używam do wycierania, karmienia oraz używałam do podwójnego pieluchowania (Zojda urodziła się ze zwichniętym bioderkiem, przez co musiała przez 6 tygodni nosić na pampersie usztywniająca pieluchę). Flanelowe używam do przykrywania jej (na przykład, kiedy leży goła i czeka, aż Matka wody naleje do kąpieli, czy kiedy zasypia w wózku, albo na macie).


17. Pojemna komoda z szufladami - najlepiej jak najbliżej przewijaka, bo w niej (przynajmniej u nas) jest wszystko.


 18. Łóżeczko - u nas jest drewniane, inspiracji szukałam w internecie (przez co wiem, że łóżeczek tam jest jak mrówek), jednak ostatecznie zdałam się na mojego Tatusia, który robi mi wszystko, co drewniane. W komplecie mam trzy-poziomowe łóżeczko z szufladą pod spodem, komodę i przewijak zakładany na łóżeczko. Trójka, dla mnie, niezbędna.
19. Wyposażenie do łóżeczka - materac, podobno im twardszy, tym lepszy. MÓWILI, żeby pościel zastąpić kocykiem, jednak u nas jest super pościel: i kołdra i płaska poduszka dla dzieci. Ochraniacz na szczebelki - na początku, kiedy dziecko mało widzi i się rusza, jest to rzecz zbędna (u mnie wręcz przeszkadzała mi w obserwowaniu dziecka w nocy, dlatego z jednej strony całkowicie się go pozbyłam). Teraz kiedy Zojda dobrze widzi, nie chcę wiedzieć, co sobie myśli o wyborze Matki - tych psychodelicznych sowach :D


20. Przewijak - jak już wspomniałam, my mamy zakładany na łóżeczko, przez co nie muszę się schylać ani garbić. 
21. Kocyki - pytacie w komentarzach o marki, a ja znów odpowiadam, że nie przywiązuję do tego uwagi - większość kocyków dostałam w prezencie, kudłaty, dadowy ostatnio kupiłam w Biedronce na jakiejś wyprzedaży i jeden na allegro (ciąża i pierwszy miesiąc spędzony w domu uzależniły mnie od zakupów przez internet).


22. Kołyska - byłam przeciwna, dopóki nie przyzwyczaiłam Zojdy, że lulam ją przed snem, a jej waga osiągnęła prawie 6 kilo. (Jeśli kogoś nie przekonałam, to weźcie w sklepie 6 torebek cukru na ręce i spróbujcie 30 minut kołysać i z tym chodzić.). Nowy mebel odciążył mój kręgosłup i pozwolił na powrót moich długich wieczorów przy filmie - leżąc na łóżku kołyszę ręką kołyskę, lepiej mieć nie mogę :D Dlatego, jeśli ktoś ma w planie takiego pieszczocha jak ja, oraz jeśli ma tylko miejsce na taki mebel, to od razu niech sobie w ten plan wbije również kołyseczkę.


 23. Wanienka - u nas zawitała mała, zgrabna wanienka z Ikea (link), z której jestem bardzo zadowolona. Szczególnie, kiedy kąpiel odbywa się w salonie, a ja mam przenieść pełną wanienkę wody (no bo Królowa uwielbia brać długie kąpiele).
24. Cudowny i niezawody Oilatum Baby - emulsja do kąpieli, a w niej same cudowności dla skóry dziecka. Jak już wspomniałam wyżej, jedna nakrętka na wanienkę i nic więcej nie trzeba robić. LOVE!
25. Termometr do wody - kupiłam, ale nie używam. (Przepraszam! Używam w swojej wannie, żeby sprawdzić, w jakiej temperaturze się kąpię.) Wodę Zojdy i tak zawsze sprawdzam moim niezawodnym łokciem :-P


26. Rogal do karmienia - poduszka wypełniona granulatem, przez co dopasowuje się do wszystkiego: można na niej spać, karmić dziecko, czy opierać go na nim. U nas sprawdził się tylko trzeci wariant - robiłam z niej tron dla Królowej, kiedy chciała leżeć wyżej i widzieć co się na komnatach dzieje. Ale Mamy sobie chwalą przy karmieniu i spaniu, więc można spróbować.


27, 28. Wózek i fotelik do samochodu - żeby nie powtarzać i wałkować sto razy tego samego tematu, przypomnę, że mój wybór to Bebetto Luca, cudownie się nim jeździ (a tłukę nim i tłukę po zakopiańskich śniegach), a całą resztę można poczytać w adekwatnym poście - link.


29. Butelki - długo zastanawiałam się między Avent a Tommee Tippee, jednak mój wybór ostatecznie padł na te drugie. I jestem z nich baaardzo zadowolona.

Na pewno o czymś zapomniałam, dlatego liczę znów na pomoc Mam w komentarzach. Myślę jednak, że to, co dziś w tym poście umieściłam było mi najbardziej potrzebne. 
Zojda rośnie jak na drożdżach, moja góralska sypialnia stała się na dobre taborem cygańskim. Teraz jesteśmy na etapie kolorowych karuzeli, wczoraj przyjechał nowy tron, leżaczek - bujaczek, i Królowa w pełni szczęścia - no cóż, jutro kończy już dwa miesiące! Nie wiem, kiedy to zleciało, ale leci szybko fest - byle do wiosny!

poniedziałek, 23 lutego 2015

Czas dla dziecka: Moja wyprawka do porodu, czyli co było mi zbędne oraz o czym kompletnie zapomniałam.

W komentarzach pod ostatnim postem znalazłam bardzo dobry pomysł na dzisiejszy wpis, a mianowicie pytanie o to, co kupiłam przed porodem, a okazało się totalnie zbędne, albo to, po co leciałam do sklepu zaraz po urodzeniu, bo wcześniej o tym zapomniałam. Przyznam szczerze, że będąc w końcówce ciąży, kiedy wszystko kompletowałam, kupowałam i w hurtowych ilościach gromadziłam, bardzo chętnie przeczytałabym taką notkę u kogoś, kto to przeżył. Więc zaczynajmy!




WYPRAWKA DO SZPITALA DLA DZIECKA:
Ubrania - w internecie można tego znaleźć mnóstwo, o czym sama się przekonałam, a połowa z tych wpisów zaczyna się od tego, żeby zadzwonić do szpitala i zapytać się o wyprawkę dla dziecka. Prawda jest taka, że w większości szpitali dziecko przez te kilka dni ubierane jest wyłącznie w ubrania szpitalne, więc zbędne jest zabieranie torby ubranek z domu. W moim przypadku wiedziałam, że u nas w szpitalu też tak jest, jednak ja miałam swoją mini wyprawkę i Zojda, na przekór wszystkim, była ubierana od początku w swoje rzeczy (jak również była jedynym dzieckiem na sali z pampersem, nie ze szpitalną, tetrową pieluchą).

W skład mojej mini wyprawki na 3 dni wchodziły: 
- 6 x body z krótkim rękawem (no bo się ulewa, no bo nie umiesz jeszcze karmić, no bo założysz pampersa tył na przód i Ci przeleje, itp., więc 2 na dobę wystarczą),
- 6 x pajacyki z długim rękawem (patrz wyżej),
- 3 x bawełniana czapeczka (teoretycznie mogłaby być jedna, ale zobaczycie, jak wyoliwkowane dziecko oddają panie położne po kąpieli, kiedy to czapkę można po prostu wyżymać),
 - ciepłe skarpetki,
- 2 x pielucha tetrowa (dobra do wycierania) i 2 x pielucha flanelowa (cudowna do przykrywania),
- 20 pampersów (w moim przypadku wychodziło po 6 na dobę),
- ciepły kocyk,
- smoczek,
- maść na odparzenia dla dzieci (o ile chcecie same przewijać dziecko),
- chusteczki nawilżane - dobre do wszystkiego, podczas pobytu w szpitalu, począwszy od przewijania, przez odświeżanie, czy nawet przetarcie stolika przy łóżku.


Dodatkowo miałam:
- cudowny rożek, który zamawiałam na szybko 2 dni przed pójściem do szpitala, no bo MUSZĘ MIEĆ, bo jest na liście - nie użyłam go ani razu. Położne pierwszego dnia dały mi dziecko owinięte w kokon szpitalny, który od razu zastąpiłam miękkim kocykiem (który bez problemu można zwinąć w rożek),
- ręcznik dla dziecka - rzecz zbędna, ponieważ dziecko myją panie położne i oddają czyściutkie i pachnące, 
- rękawiczki, tzw. łapki - niedrapki, cud, który być może rzeczywiście pomaga, jeśli dziecko rodzi się z długimi paznokciami - u nas była to rzecz kompletnie zbędna,
- kilka ładnych, niepraktycznych ubranek - naprawdę myślałam, że ją w nie ubiorę!
- zabaweczka maskoteczka dla dziecka - good luck :D

WYPRAWKA DO SZPITALA DLA MAMY:
I tu się zaczną podzielone zdania ;-) Oto, co zabrałam ja:

- dowód osobisty i książeczka ciąży! - oczywiście zapomniałam ;-)
- 2 x koszula nocna dla matek karmiących - na wstępie muszę zaznaczyć, że u mnie w garderobie nigdy było czegoś takiego, jak bawełniana koszula nocna. Najczęściej śpię w koszulce na ramiączkach i męskich bokserkach, czasami coś mi do głowy strzeli i mam kilka jakiś koronek, ale nigdy nie miałam koszuli nocnej, no ale SKORO NAPISALI I KAZALI, to kupiłam. Prawda jest taka, że pierwszą koszulę ubierasz na poród i od razu spisz ją na straty (moja wylądowała od razu w koszu), dlatego spokojnie może to być długi podkoszulek czy t-shirt. Drugą koszulę przebrałam po porodzie i ściągnęłam od razu po wejściu na oddział, wskakując w koszulkę na ramiączkach i legginsy, bo w tym czułam się najlepiej i najbardziej komfortowo. Nie wywaliłam jej jednak, zostawiłam na kolejny poród :P
- 2 x stanik dla matek karmiących - kolejna rzecz, którą miałam na sobie tylko podczas pierwszego karmienia. Przepraszam drogie Panie, jeśli tu kogoś urażę, ale te staniki czyniły mnie tak aseksualną babą, że nie dałam rady. Na szczęście przewidziałam to, że moje cycki powiększą się trzy rozmiary w jeden dzień i zakupiłam po prostu 2 normalne staniki, w odpowiednim, większym rozmiarze, rozpinane z przodu. Dla mnie to była idealna alternatywa, wilk syty i owca cała.
- jednorazowe majtki poporodowe, pozostając przy bieliźnie - kolejny cud nie dla mnie. ja znów pozostałam przy zwykłych, bawełnianych bokserkach,
- kilka par skarpetek,
- klapki do chodzenia - kolejna rzecz, której u mnie nie ma - w domu chodzę w trampkach lub balerinach, więc w szpitalu nie poczyniłam wyjątku. No ale oczywiście zakupiłam i miałam w torbie, JAK KAZALI.
- szlafrok - kupiłam, miałam, nie założyłam, choć kupiłam przepiękny (Teraz stwierdzam, że jeśli czegoś nie ma się w domu, nie powinno kupować się tylko dlatego, że w szpitalu się przyda.),
- podkłady poporodowe - zdecydowane must have, najlepiej kupić od razu dwie paczki,
- woda do picia - bo pieruńsko zasycha w gardle na porodówce,
- mega dobrze nawilżający balsam do ust,
- telefon z ładowarką,
- 2 x ręcznik,
- żel do mycia - ja kupiłam ginekologiczny płyn do higieny intymnej Ziaja Mamma Mia polecany dla kobiet w ciąży i po porodzie, który jest w fajnej butelce z pompką, i zastąpił mi on dodatkowo żel do twarzy i ciała - po prostu myłam się nim od głowy po samiuśkie stopy,
- płukanki intymne - dobre, ale do domu, w szpitalu kompletnie o tym zapomniałam,
- pasta i szczoteczka do zębów,
- wkładki laktacyjne,
- kosmetyczka z codziennymi kosmetykami,
- PAPIER TOALETOWY! - tego nigdy nie ma za dużo w szpitalu,
-  batoniki do podgryzania podczas porodu - miałam, jak kazali, ale nawet nie wyciągnęłam ich z torby przez 12 godzin mojego porodu. Niestety ja miałam odruch wymiotny do wszystkiego, nawet do wody, więc kiedy nie miałam już siły na nic, dostałam worek glukozy w żyłę i byłam najedzona na cały dzień. (Wiem, że to nie zabrzmiało fajnie, ale niestety tak było.).

I to naprawdę wystarczy. Miałam jeszcze dobrą książkę, jednak uwierzcie, że kiedy rodzi się dziecko, ostatnią rzeczą, o której myślicie, jest książka. Dodatkowo straszyli mnie wszyscy, że mój czerwony pedicure za nic nie przejdzie, a jednak przeszedł nie tylko pedicure, jak również manicure. W szpitalu dowiedziałam się też, że jest coś takiego, jak silikonowe nakładki na suty, ceratki na łóżka, czy pasy wyszczuplające, ale dobrze, że wcześniej o tym nie wiedziałam, bo zapewne kupiłabym, i dziś powiększyłyby mi tu listę "nie użyłam, ale kazali, to kupiłam".


Na samym końcu powiem, że trzeba też w domu przygotować sobie rzeczy, które Mąż lub ktoś z rodziny podrzuci Wam, jak będziecie wychodzić ze szpitala. Jeśli nie przygotujecie na przykład kombinezonu zimowego dla dziecka, a wpadnie Wam do głowy, żeby powiedzieć Mężowi, żeby sam wybrał, to możecie dostać taki w rozmiarze na roczne dziecko, w którym Wasz noworodek zmieści się w samą nogawkę. No i wtedy możecie się zdziwić, a krzyczeć w szpitalu na Męża nie wypada - wiem doskonale, co mówię :-)

Mam nadzieję, że dzisiejszym wpisem pomogę choć trochę tym, którzy dalej mają mętlik w głowie. Wiem doskonale, że na moim blogu goszczą liczne Mamy, dlatego śmiało dzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach. A ja, korzystając, że halny hula uspokajająco na Zojdę, postaram się napisać kolejny, szybki post o tym, co szalonego nakupiłam do domu, w oczekiwaniu na Zojdę, obalając mity na temat emolientów, szamponów i kołysek dla dzieci. Miłego dnia!

czwartek, 12 lutego 2015

Czas dla dziecka: 2 miesiące poporodowej rekonwalescencji, czyli wróciłam!

Wkrótce Zojda kończy dwa miesiące, więc czas wracać ;-)

Jak już wiecie, mój szalony poród trwał 12 godzin, drugie tyle wcześniej zaczęły się skurcze, przy których mdlałam i schodziłam z tego świata, ale chwała Panu, Zojda wyszła cała i zdrowa na ten świat, dobrze kończąc ten pełen emocji 2014 rok. Styczeń minął pod tematem uczenia się współpracy Skalska - Zojda, a w lutym postawiłyśmy sobie deadline na chodzenie w piżamach po domu i oto jesteśmy!


Czy tak wyobrażałam sobie macierzyństwo?
Zojda od początku przesypia całe noce, co jest zdecydowanie największym plusem dla mnie, przez co w dzień hulamy pełne energii. Zojda uwielbia wszelkie doły i nierówności w chodnikach, kiedy jesteśmy na spacerze, a kiedy jedziemy po prostym chodniku ryczy tak głośno, że nie wiem jak to z tak małego ciałka wychodzi i udaję, że to nie moje dziecko. Jesteśmy na etapie cudownych, bezzębnych uśmiechów, majaczenia po szczepieniach, spania owiniętym jak burrito i kupowania Halo Kotów, z którymi całe życie walczyłam. Zanim Gwiazda pojawiła się na świecie, myślałam, że zjadłam wszystkie rozumy w temacie dzieci oraz to, że wszystko można doczytać - teraz stwierdzam, że nie wiem nic i jestem totalną matką eksperymentalną. Ale od dwóch miesięcy dobrze nam ten eksperyment wychodzi, więc oby tak dalej. (Jedyny minus Zojdy jest taki, że nie jest do nikogo w rodzinie podobna - jest zdecydowanie wyjątkowa ;-))

(porodówkowa Zojda.)

Czy gdybym mogła cofnąć czas, poszłabym do szkoły rodzenia?
Nie, ale mówię to z perspektywy spędzonych w szpitalu pięciu dni przed porodem, kiedy to zdążyłam poznać wszystkie położne, ginekologów i szpital. Kiedy zaczęły mi się pierwsze skurcze przed godziną 16, to już wiedziałam, że ciekawa noc przede mną, jednak cały czas kontrolę nade mną miały położne (w domu na bank nie wiedziałabym, jaka ma być częstotliwość skurczy i na bank przy pierwszym pojechałabym do szpitala). Kiedy stwierdziłam o 2 w nocy, że nie zniosę ani jednego skurczu więcej (12 godzin przed końcem porodu - dobre, nie?), przeszłam 20 metrów i byłam na porodówce. Podsumowując, gdybym nie spędziła tego czasu w szpitalu, na pewno bez szkoły rodzenia przyjechałabym za wcześnie i najadła się dużo więcej strachu.

(pierwsza ulubiona pozycja do snu: Zojda - Jack Sparrow.)

(druga ulubiona pozycja do snu: Zojda - burrito.)

Czy skorzystałam ze znieczulenia lub innych udogodnień podczas porodu?
Nie skorzystałam ze znieczulenia, bo pomyślałam sobie o tym 2 godziny przed końcem porodu (mina mojej cudownej położnej była wtedy bezcenna). Miałam jednak poród rodzinny (Jędrek godnie zniósł to co wyprawiałam), czyli do dyspozycji oddzielną salę oraz wannę do porodu, która tak naprawdę odwaliła 80% porodowej roboty.

(#matkoboskodrugimiesiącaprzewijaknastyk)

(pierwszy zestaw Halo Kotów.)

Najbardziej praktyczna rada dla przyszłej Mamy?
ŻADNEGO HURTOWEGO KUPOWANIA UBRAŃ W ROZMIARZE 50 - 56 :D Głupia ja, głupia, najpierw zachwycałam się cudownymi ubrankami w tych rozmiarach, potem nakupiłam jak wariat (tu muszę nadmienić, że nie boję się kupowania ubrań dla dzieci w secondhandach, dlatego można sobie wyobrazić, ile potrafiłam tego nagromadzić za naprawdę grosze). Szafa trzaskała, a kiedy Zojda przyjechała do domu i chciałam ją przebrać, okazało się, że jej pierwszym rozmiarem jest... 62. Nie dziwić się tu - popatrzcie tylko na Tatusia Zojdy ;-) Tym sposobem mam mnóstwo pięknych, markowych ubranek w tym rozmiarze, gdyby ktoś chciał, walić śmiało na maila.
Drugą taką małą radą jest to, że body bez rozpięcia od góry do dołu wcale nie są straszne (tak jak mnie wszyscy straszyli), czego efektem jest szafa Zojdy, gdzie wszystko wciągamy przez głowę i żyjemy już dwa miesiące ;-)

(tu łzy szczęścia, że Matka nową czapkę kupiła.)

Jak było i jest z wagą u mnie?
W ciąży przytyłam 12 kilogramów, w niecałe 3 tygodnie po porodzie wróciłam do swojej wagi i figury, bez problemu wchodząc w moje obcisłe rzeczy sprzed ciąży. Nie wiem, czy to plus porodu naturalnego, karmienia naturalnego, tego, że jestem samotną matką polką, która nie ma nawet kiedy jeść, czy dłuuugich spacerów z wózkiem po zasypanym i nieodśnieżanym Zakopanem. Choć przypuszczam, że to może być plus wszystkiego na raz ;-)

(kołyseczka dla Zosieczka, czyli Walentynka od Dziadka. pełnia szczęścia Zojdy i w końcu powrót moich spokojnych, długich wieczorów przy filmach!)

(jak kilka miesięcy temu przypuszczałam i zapowiadałam - Zojda, dziecko Disney'a.)

Czy dalej uważam, że wszystko jest do przeżycia?
Oczywiście!

 (#pozdro600)