wtorek, 5 kwietnia 2016

Floral tattoo, czyli rękaw z kwiatów - mój kolejny tatuaż.

Jeśli śledzicie mój Instagram (KLIK), gdzie ostatnio bywam zdecydowanie częściej niż na blogu (między pracą, żłobkiem, remontami i świętami mam tylko tyle czasu, żeby wrzucić coś szybko na Insta), to wiecie, że planuję kolejny tatuaż.

Moim skrytym marzeniem są duże tatuaże, motywy kwiatowe, najlepiej, a właściwie najpierw, na ręce. I właśnie taki "rękaw" postanowiłam sobie sprawić. Ale zanim do tego doszło, jak wiecie sprawiłam sobie dwie dziary: "faith hope love" na nadgarstku (zawsze wiedziałam, że to będzie mój pierwszy tatuaż), w ubiegłym roku doszedł do cytatu motyw liści (wielu osobom mówiłam, że to mój zakopiański żywopłot, który ostatecznie oplecie mi całą rękę, a na końcu zejdzie na plecy, gdzie będzie wielka donica z napisem "Zakopane", i co najgorsze, wiele z tych osób mi uwierzyło).

Przez długie lata miałam wpajane, że tatuaże mają kryminaliści, żebym zastanowiła się, jak będę wyglądała wytatuowana na starość (mówione takim tonem, że wiedziałam, że będę stara i paskudna), jednak kiedy poznałam mojego Męża, wytatuowanego "kryminalistę" zrozumiałam, że tatuaż jest czymś osobistym, czymś, co idealnie potrafi wyrazić daną osobowość. Do tego jestem aktualnie kobietą zadowoloną z życia, pracującą, wychowującą dziecko, zajmującą się domem, ogrodem, na kupnie psa i kota, rzec bym zaryzykowała, że aktualnie jestem kobietą spełnioną, dlatego to, co inni o mnie myślą jest naprawdę na dalszym dalszym planie. Mówiłam Wam też, że ten rok poświęcam sobie, a czym jest wymarzony tatuaż, jak nie dopełnieniem tej mojej całości? ;-)

Ale wróćmy do tatuażu, bo znów zaczynam swoje - zakochana jestem w rękawach z czerwonych róż, jednak róże ostatnio uderzają we mnie z każdej strony i mam ich przesyt, są zbyt popularnym motywem, co mnie odrzuca (tak, jak był etap znaku nieskończoności, nieskończoności - miłości, piórek, ptaków, tak teraz są róże). Szukałam czegoś innego, ale podobnego, i znalazłam piwonie, inaczej zwane peoniami! To jest to, co chcę! Przeglądnęłam Internety w poszukiwaniu fajnych wzorów i mam mnóstwo, choć mój tatuator i tak ma dla mnie wzór petardę. Pierwszym etapem mojego rękawa będzie peonia na całym przedramieniu, mój żywopłot będzie przerobiony na liście piwonii. Potem planuję kwiaty na ramieniu, a na końcu kolorowanie. Pewnie całość zajmie mi 10 lat, ale nie jestem taką ryzykantką, żeby zrobić całość na raz ;-)

I tak postanowiłam - 10 maja (niestety takie terminy) zaczynam. A poniżej kilka wzorów, którymi się inspirowałam.


Kiedy piwonia zagości na mojej ręce, opowiem Wam też o najlepszym i najgorszym studio tattoo w Zakopanem, do drugiego którego niestety miała pecha trafić. Polecą nazwiska i adresy oraz chyba jednak rozpocznę cykl "najgorsze miejsce w Zakopanem", bo ostatnio dużo ich staje na mojej drodze ;-)

A Wy, którą wybralibyście - różę, czy piwonię?

czwartek, 31 marca 2016

Marzec u Skalskiej - wiosna, żłobek i totalny nieogar!

Ajajaj... Marzec był dla mnie zdecydowanie najbardziej intensywnym miesiącem od dwóch lat i naprawdę cieszę się, że dziś się kończy ;-) Jak wiecie, po dwóch latach wróciłam do pracy, Zocha zadomowiła się w żłobku, nadeszła wiosna, więc wymyśliłam kolejne remonty, przebudowy i zdobienia naszego domu, przez co mój Mąż już prawie całkowicie osiwiał i ten miesiąc był tak intensywny i szybki, że zupełnie nie wiem, kiedy przeleciał mi między palcami. Dziś kolejny skrót, w ramach rekompensaty za moją dość długą nieobecność tu, ale w kwietniu zapowiada się więcej "wolnego" i postaram się pisać systematyczniej. Tymczasem startujemy z marcowym skrótem!


W mojej szafie nic nowego - szpilek na nogach nie miałam już sto lat, dlatego myślę, że gdybym teraz założyła je, to bym się mogła zabić ;-) Obcasy zamieniłam na kilka par bardzo wygodnych butów sportowych, w których po prostu jest mi najwygodniej biegać przez pół dnia w pracy. Czarno mam strasznie w szafie, ale to mój ulubiony kolor i jak przed każdą wiosną zarzekam się, że będę czerń przełamywać kolorami, tak w tym roku jest moim zdecydowanym numerem jeden i zostawiam ją w spokoju.


Zofianna poszła do żłobka, a właściwie chodzi już od końca lutego. 3 tygodnie ryczała strasznie, teraz sama rozbiera się przy swojej półce, niezmiennie bierze pandę pod pachę i hula przez pół dnia. Wszystko jej pasuje, Paniom Ciociom coś tam nie wszystko, ale nie każdy może mieć wszystkiego ;-)


Pazury, pazury... Na środkowym zdjęciu pokazałam Wam, jak urosły mi paznokcie po miesiącu stosowania Semilac'ów. Były piękne... i po dwóch dniach w pracy wyłamałam wszystkie. Teraz już nauczyłam się bardziej na nie uważać, ale są znów na etapie odrastania, więc jeszcze chwilę i pokażę Wam wszystkie nowe kolory na sobie. A kolorów dostałam w prezencie całą pakę na Dzień Kobiet, więc będzie dużo malowania ;-) Dzięki Semilac!


Włosy mam wciąż te same, w tym miesiącu królowały warkocze mojej siostry i... grzywka Zofianny obcięta nożycami kuchennymi (tak, obcięła matka, tak, fryzjerka).


DIY w tym miesiącu, hardkorowo, w liczbie pojedynczej - stanik z paskami, link do wpisu. A po prawej zapowiadajka naszego zakochanego balkonu i schodów, o które walczyłam z wszystkimi trzy lata, aż się jak zwykle mój Tatko Mistrz ulitował i będzie pięknie! Pokażę już w kwietniu ;-)


Co nowego w Zakopanem? Podobno kwiecień - plecień, ale w tym roku, do tego przysłowia idealnie pasowałby marzec. Jednego dnia była zima, drugiego słońce i zielona trawa, trzeciego taka wiosna, że chodziłam bez kurtki, a czwartego zamieć śnieżna - pogodowych atrakcji nie brakowało, teraz jest super, ciepło, słonecznie i mogłoby już tak zostać ;-) Trzecie zdjęcie zna dobrze każdy, kto śledzi mój instagram - Galeria Krupówki. I tu muszę, a właściwie chcę napisać wytłumaczenie moich okropnych hasztgów z insta, które poruszyły co niektórych. Mój stosunek do obiektu jest podwójny: po pierwsze, oceniam go jako osoba, która kocha Zakopane od urodzenia, osoba, która bardzo ceni sobie widok pięknych, naszych gór i wszelakiego przejawu folkloru i zabudowy zakopiańskiej, i z tejże strony uważam, że ten obiekt wygląda jak krematorium, nie ma w nim nic z zabudowy, ani góralskiego folkloru (którego na Krupówkach w szczególności oczekuję i oczekujemy), jest paskudny, ohydny i nie powinien nigdy stanąć w tym miejscu, w którym stoi. I nie wycofam się z żadnego dodanego hasztagu i będę to powtarzać, dopóki ten budynek tam stoi. Drugą moją stroną jest strona osoby, która żyje i mieszka w Zakopanem - nie oszukujmy się, mamy tu dwa konkretne sklepy odzieżowe na krzyż, sto pięćdziesiąt Biedronek i dwie duże siłownie. Dla mnie, mieszkanki tego miasta, taka galeria jest potrzebna i jeśli pojawią się tam nawet dwa kolejne, fajne sklepy, to będzie super. Dlatego, jak Galeria Krupówki jest paskudna, tak trochę potrzebna, ament.


Będzie dziarrando! Moim marzeniem jest cały rękaw z kwiatów, ale mogłabym o tym mówić godzinami, dlatego wszystko opiszę Wam w kolejnym poście ;-)


Pozdrawiam, ja uciekam do pracy, a Was zapraszam na Instagram:

https://www.instagram.com/kasia.gasienicowa/

niedziela, 13 marca 2016

Strój dnia: Czerń i neonowy róż, czyli babeczka, żona i matka na luzie.


Ani to nie był dobry dzień na robienie zdjęć, ani odpowiednia pogoda na taki strój, ale dawno mnie tu nie było i chciałam Wam przypomnieć, jak wyglądam ;-) I nic nie bójcie, herbata z korzeniami, cytrusami i pigwówką zwalczyła wszelkie początki choroby, więc wszystko jest ok, będę żyła.

Dziś zrobiona na czarno (ostatnio żadna nowość) z moim ulubionym kolorem, którym przełamuję wszystko, neonowym różem. Zazwyczaj mam go jeszcze na ustach, bo znalazłam fantastyczną szminkę, ale o moich ulubionych szminkach jeszcze w tym tygodniu postaram się Wam tu napisać odrębny wpis. Dziś bez szminki, bo tak spieszyłam się z domu, że po prostu zapomniałam, a zdjęcia nie były w planie.


Neonowe buty z DeeZee są idealne do biegania po mieście (ach, nawet nie wiecie, jak ostatnio zaczęłam doceniać płaskie buty), neonowe akcenty na moim ulubionym kominie, który mam już dobre kilka miesięcy i noszę prawie bez przerwy, ale dopiero teraz jakoś przedstawiam Wam go tu. Komin Maiko, fantastyczna Babeczka, no i projektuje i szyje po polsku, a to cenię najbardziej.


Kurtka: Mango. Sukienka: H&M. Komin: Maiko. Buty: DeeZee.
♫ Megitza Trio - Noc i dzień

poniedziałek, 29 lutego 2016

I Ty możesz pomóc - SOS Wioski Dziecięce.

 

Czy zastanawialiście się kiedyś, jakimi jesteście szczęściarzami, siadając codziennie do obiadu/kawy/kolacji z najbliższymi? Kiedy macie do kogo jechać na święta (czasami macie tylu bliskich, że tych Świąt brakuje), albo kiedy, co roku ktoś wita Was tortem i balonami w dniu urodzin? Zapewne są to dla Was sprawy oczywiste, zaryzykuję stwierdzeniem, że tak naturalne, że nie zwracacie za bardzo na nie uwagi. Popatrzcie wstecz, na czasy, kiedy byliście dziećmi, i wyobraźcie sobie, że jecie obiad sami i osamotnieni, nie macie z kim spędzić świąt i nie dostajecie nawet symbolicznego toru na urodziny - ja nawet nie potrafię sobie takiej sytuacji wyobrazić, a kiedy pomyślę, że takich dzieci jest wokół nas mnóstwo, nie potrafię przejść obojętnie.

Nie raz przedstawiałam Wam tu stowarzyszenia i fundacje, które w miarę możliwości staram się wspierać, w tym roku chcę dotrzeć do jak największej liczby osób ze stowarzyszeniem, które stawiam sobie za numer jeden:


Jak zwykle podaję Wam pigułę na temat czym są Wioski Dziecięce SOS (bo wiem, jak to z czytaniem takich długich tekstów na blogu bywa). Wioski Dziecięce SOS to stowarzyszenie, które pomaga opuszczonym i osieroconym dzieciom. W Polsce opiekuje się dziećmi, które w wioskach mogą prowadzić normalne życie, jak ich rówieśnicy ze zwykłych rodzin. Każda wioska dziecięca to osiedle domków, w których dzieci mieszkają z zastępczymi rodzicami. W każdym domu mieszka osobna rodzina. Ważną zasadą jest nierozdzielanie naturalnych braci i sióstr. Dla zapoznania się bardziej z tematem zapraszam Was tu: www.wioskisos.org


Powiem Wam osobiście, że moje życie tak naprawdę, totalnie przewartościowało się po urodzeniu Zojdy - niesamowicie potrafię docenić to, że mam zdrowe dziecko, fajnego faceta u boku, mieszkamy na niedużym, ale kochanym i dopieszczonym metrażu i choć jojczę na pracę, pogodę i co mi tam się w głowie urodzi, to kiedy zamykam się z moim szalonym i kochanym duetem w domu, to niczego więcej mi do szczęścia nie trzeba. I naprawdę tak niewiele trzeba, żeby na czyjejś twarzy wywołać uśmiech. 


Jak można pomóc? Wariantów jest kilka:

 1. Zostań rodzicem SOS (i choć wiem, że większość z Was nie może / nie ma możliwości, a punkt ten od razu pominie, to zachęcam do kliknięcia w link, gdzie można dużo dowiedzieć się o funkcjonowaniu Wiosek, a nawet poczytać blog Mamy SOS).

2. Zostań wolontariuszem.

3. Można dołączyć do Klubu Przyjaciół SOS lub zostać Patronem, przeznaczając określoną kwotę na konto stowarzyszenia.

4. Dzięki współpracy z lokalami gastronomicznymi w całej Polsce każdy może wesprzeć, wystarczy, że zjecie coś w wyznaczonych lokalach, a 10% Waszego rachunku przeznaczone zostanie na Wioski Dziecięce SOS.

5. Obecnie panuje moda na ślubach i weselach, że Młoda Para nie chce kwiatów (które są piękne, ale wiem z własnego doświadczenia, że dzień po weselu w domu ma się kwiaciarnię, z którą nie wiadomo, co zrobić), dlatego można poprosić o gości o datki lub podarki dla dzieci z Wiosek Dziecięcych SOS.

Jak widzicie, form pomocy jest wiele. Od siebie dodam, że nadchodzi czas rozliczeń podatkowych, jeśli już nie macie skłonności do przelewania pieniędzy, to pamiętajcie, że każdy z nas ma ten 1% do oddania - ja drugi rok z rzędu stawiam na Wioski Dziecięce SOS, Wy też możecie.


Pozdrawiam,
Skalska & Zohan ;-)

czwartek, 25 lutego 2016

PAZNOKCIE: Semilac 042 Neon Raspberry.


Neon Raspberry kupiłam, szukając czegoś między różem i koralem, ale jak to u mnie bywa, musiał to być kolor z petardą ;-) Kiedy wpisałam w google grafika 042 (zawsze przed zakupem tak sprawdzam kolory, bo mogę wtedy zobaczyć tak zwane "real foto" na paznokciach różnych dziewczyn, nie tylko na komputerowej propozycji reklamującej lakier) myślałam, że coś źle wpisałam - na każdym zdjęciu ten kolor wyglądał inaczej (sami sprawdźcie)! Zakochałam się jednak w jednej propozycji, do tego ślubnej (ach, żałuję, że to już za mną) i kupiłam. Kiedy pomalowałam, okazało się, że... nie ma efektu "wow"! Być może przez to, że zastąpiłam nim moje ulubione czerwone paznokcie, ale nie chciałam drugi raz pod rząd tego samego koloru. Gdybym wtedy pisała ten post, zapewne inny przekaz byście tu czytali. Po tygodniu jednak zakochałam się w nim i wczoraj nałożyłam go drugi raz pod rząd, co jeszcze mi się nie zdarzyło z żadnym lakierem ;-). Stąd też dzisiejszy post ze śmiałym poleceniem Wam koloru 042 Neon Raspberry.


Kolor jest cudowny w naturalnym świetle (taki, jak na powyższych zdjęciach), w sztucznym świetle wpada w pomarańcz (zdjęcia poniżej), którego nienawidzę, a w ultrafiolecie jest takim neonem, że oślepia. Powtórzę się po raz kolejny - oto następny Semilac kameleon. Trudno go nawet dobrze uchwycić aparatem, dopiero telefonem udało mi się, dlatego przepraszam za jakość zdjęć , ale dzięki temu mogę pokazać, jak wygląda w stu procentach.


PS Jeśli myślicie, że mój mały paznokieć w końcu dogonił resztę (dla niewtajemniczonych dodam, że mam problem z małym paznokciem, który łamie mi się za każdym razem, jak tylko minimalnie odrośnie), to nie łudźcie się - wczoraj spektakularnie złamał się i nie wytrzymałam, w ruch musiał pójść żel ;-)

PS2 Hybrydę stosuję od 1,5 miesiąca i powiem Wam, że NIGDY nie miałam takich paznokci! Dla porównania:


Miłego dnia! ;-)

Poprzednie kolory:
http://kasia-skalska.blogspot.com/2016/01/paznokcie-semilac-083-burgundy-wine.html

http://kasia-skalska.blogspot.com/2016/01/paznokcie-semilac-032-biscuit_28.html

http://kasia-skalska.blogspot.com/2016/02/paznokcie-semilac-027-intense-red-czyli_7.html

wtorek, 23 lutego 2016

Mój powrót do formy sprzed ciąży, czyli co jadłam, co świczyłam, ile przytyłam i ile schudłam.


Na wstępie dzisiejszego wpisu chcę zaznaczyć, że nie jestem trenerem, siłownię omijam szerokim łukiem (choć cały czas obiecuję sobie, że to zmienię), korzystam z porad dwóch trenerów personalnych, z którymi mieszkam pod jednym dachem, ale i tak zawsze kończy się na "moich cudownych dietach i ćwiczeniach", od nich chłonę teorię, praktykę odwalam swoją. Wielokrotnie pytaliście mnie, co zrobiłam, że po ciąży wyglądam, jak wyglądam, dlatego dziś odsłonię przed Wami cały swój sekret ;-)


Przed ciążą moja waga wahała się zawsze miedzy 55 - 65 kilogramów (bez najmniejszego problemu umiałam zacisnąć pasa i schudnąć do 55kg, bez równie najmniejszego problemu umiałam szybko je nadrobić do 65kg). Wynikało to zapewne z setek diet, które obiecywały mi cuda, którymi się zachwycałam, radykalnie chudłam i potem super tyłam. Kiedy zaszłam w ciążę ważyłam 59 kilogramów, czyli byłam w środku mojej normy.


Odkopałam książeczkę ciążową, żeby podać Wam tu konkretne liczby i pierwszy wpis mam w 10 tygodniu, kiedy ważyłam 62 kilogramy. Sprawa z początkiem ciąży u mnie wyglądała tak, że pierwszy trymestr był fatalny (rzygałam jak kot, nie przyswajałam nawet wody, potrafiłam leżeć w łóżku cały dzień, mdliło mnie na wszystko - od widoku samej lodówki, na paście do zębów kończąc), był fatalny do tego stopnia, że w 2 miesiącu byłam już na zwolnieniu lekarskim, bo nie nadawałam się do jakiejkolwiek pracy. Co do wyglądu, to przez te pierwsze miesiące bardzo chudłam, bo patrząc na 10 tydzień, waga 62 kg nie jest szczególnie wysoka (aaa! potrafiłam być grubsza niż w 3 miesiącu ciąży, bez ciąży!).


Potem, kiedy weszłam w drugi trymestr, wszystkie mdłości, jak ręką odjął! Ba! Zaczęłam nadrabiać stracony czas i smaki. Książeczka jasno wskazuje, że moja waga na kolejnych badaniach wskazywała co raz to zawrotniejsze liczby: 63, 65, 66, 69, 71, 73 kg.


Na porodówkę trafiłam z wagą 75 kg, czyli w ciąży przytyłam 16 kg. Być może nie uwierzycie, bo powiecie, że na moich ciążowych zdjęciach w sukience i szpilkach zmienia się tylko brzuch, ale uwierzcie, zdjęcia zdjęciami, brzuch nie ważył 16kg. Przy wzroście 165cm, byłam trochę kobieta - rakieta, choć wtedy wcale tego nie widziałam (z perspektywy czasu uważam, że to dobrze, bo pewnie bym zabrała się za jakieś nie do końca zdrowe ćwiczenia). Pan Bóg naprawdę dobre geny mi załatwił, bo trzeciego dnia po porodzie, przy wypisywaniu, miałam już cały brzuch ściągnięty do rozmiaru sprzed ciąży. Moim głównym (przerażającym mnie wtedy) problemem było to, że nie mogłam zapiąć się w żadne spodnie - takie uroki naturalnego porodu i rozszerzenia kości miednicy ;-) Myślałam, że tak już zostanie, nawet pogodziłam się z tym i kupiłam nowe spodnie (bo rozszerzenie to miałam naprawdę kilka miesięcy), jednak i to wróciło do normy sprzed ciąży.


6 tygodni po porodzie stwierdziłam, że zacznę coś ćwiczyć w domu. Trafiłam na Mel B, którą wcześniej znałam tylko z Spice Girls ;-) Ta mega pozytywna babka sprawiła, że uzależniłam się od jej 10 minutowych treningów! Właśnie czegoś takiego potrzebowałam - nie byłam w stanie poświęcić godziny na skalpel, czy inne polecane cuda, bo Zośka spała po 20 minut w których musiałam zrobić wszystko w domu plus mój trening. 


Zaczęłam od dwóch treningów dziennie, bez sztywnego harmonogramu. Kiedy w jeden dzień robiłam nogi + pośladki, drugiego brzuch + abs, kiedy trzeciego dnia wypadło mi niezapowiedziane wyjście ze znajomymi (wtedy jeszcze nic nie umiałam planować) wtedy trening w ten dzień odpadał, a następnego dnia dodawałam do dwóch treningów z Mel B wariacką tabatę, która mnie rozgrzeszała. Starałam się ćwiczyć 4 dni, po czym robiłam dzień przerwy, jednak jak wyżej napisałam, różnie z tym było. 

Muszę wspomnieć o jednej, podstawowej rzeczy, która moim zdaniem była najważniejsza w pierwszych miesiącach po porodzie, a mianowicie o spacerach z wózkiem. Zocha urodziła się pod koniec grudnia, 3 tygodnie później pokazałam jej zakopiańską zimę (a zima jeszcze wtedy była, w przeciwieństwie do obecnej ;-)). Wytyczyłam sobie 9 kilometrową trasę po Zakopanem i pokonywałam ją codziennie (zajmowało mi to od 1,5 - 2 godzin). Dotleniałyśmy się, ja się ruszałam, a Zocha hartowała, być może dzięki temu do dzisiaj nie była jeszcze konkretnie chora (odpukać!).


Co jadłam? We wszystkich dietach i ćwiczeniach gubi mnie to, że ja KOCHAM JEŚĆ ;-) Widzieliście, żeby kiedyś na moim Instagramie pojawiła się jakaś sałatka, przekąska, albo inne lekkie danie? Prawdziwie serwuję Wam to, co jem, dlatego królują tam pieczone karczki, schabowe, pieczone ziemniaki, bekony i tatary (no i od samego pisania już jestem głodna). Ja po prostu jem i ćwiczę dla rozgrzeszenia, potem znów jem i znów ćwiczę i tak w koło ;-)

Mój przykładowy tydzień z Mel B:
Poniedziałek: nogi + pośladki
Wtorek: ABS + brzuch
Środa: ramiona + nogi + tabata
Czawartek: pośladki +  ABS + tabata
Piątek: WOLNE!
Sobota: tabata x2
Niedziela: nogi + pośladki

... i tak w kółeczko ;-)

Wszystkie potrzebne mi filmiki zamieszczam poniżej:








Oczywiście Mel B ma jeszcze kilka innych treningów, jednak te stały się moimi ulubionymi i ćwiczę tylko te. Oglądnijcie też pozostałe, być może akurat w innych się zakochacie ;-)

Teraz, 14 miesięcy po porodzie, ważę 55 kilogramów przy wzroście 165cm, jednak znów potrafię chudnąć i tyć, ale działa to tym razem na poziomie 51 - 55 kg. Jestem już typowym rozmiarem S, nie jak wcześniej S/M. Staram się dalej ćwiczyć z Mel B i tabatą co najmniej 3 razy w tygodniu, jem dalej to, na co mam ochotę i mam ostatnio ambitny plan wykupienia sobie karnetu na siłownię (uważam, że jak już go kupię, to będę musiała chodzić), tylko zastanawiam się, gdzie tę siłownię jeszcze wcisnę w swój grafik ;-)


Oto cała historia i ten sekret, o który nie raz pytaliście. Osobiście uważam, że jeśli ktoś nie choruje przewlekle, nie ma powikłań poporodowych, to WSZYSTKO SIĘ DA! WYSTARCZY CHCIEĆ ;-)

Zapraszam na Instagram, gdzie bywam częściej (klik w zdjęcie):

www.instagram.com/kasia.gasienicowa

czwartek, 18 lutego 2016

MY HOME: Ściana ze zdjęciami (DIY).


Zacznę od zażalenia ;-) Czy wiecie, ile kosztuje wywołanie zdjęcia u fotografa? Nie wywoływałam zdjęć od dobrych 6/7 lat (no bo tak, mam wszystko na komputerze, i wiem, że wszystko jednym ruchem mogę stracić), ostatnio w ciemno zaniosłam 100 zdjęć Zośki do wywołania, a kiedy usłyszałam cenę 130 zł przy odbiorze, myślałam, że osiwieję! Nie wiem dlaczego wydawało mi się, że wywołanie kosztuje około 20 groszy za sztukę, nie wiem skąd mi się to w głowie wzięło, ale jako odrodzona maniaczka zdjęć "tradycyjnych" uznałam, że to trochę przegięcie.


Potem przyszedł czas na remonty w domu, kiedy to postanowiłam, że na szarej ścianie będzie mnóstwo zdjęć w ramkach. Omijając szerokim łukiem salony fotograficzne, postanowiłam popytać i pogrzebać w temacie i okazało się, że wcale nie trzeba wydawać fortuny, żeby taką ścianę zrobić! Z pomocą przychodzą takie strony jak Foto4U, gdzie przesyłam pliki, wybieram rodzaje i rozmiary zdjęć, a na końcu zdjęcia przywozi mi kurier do samego domu - dla mnie, zabieganej matki polki jest to wyjście idealne. No i ceny, sami sobie porównajcie - Foto4U cennik.


Ramki, ramki, ramki. Dziękuję, że podpowiedzieliście mi Jysk, bo choć mam kawałek do najbliższego punktu, to kilka fajnych ramek już wyniosłam. Cieszę się, że otworzyli Pepco w Zakopanem, bo wybór też jest fajny. Oczywiście moja niezawodna Ikea jest na końcu listy, ale ostatni zawsze u mnie pierwsi ;-) Zaczynam mieć problem z tym, że ostatnio spotykam za dużo cytatów w ramkach i mam już sporą kolekcję (większość wrzucam na Instagram i zapewne już widzieliście), ale nie da się ich powiesić więcej niż dwa na jednej ścianie, bo odwraca to uwagę od zdjęć. Czekam na nowe zdjęcia, żeby wypełniły mi całą ścianę, końcowy efekt pokażę, jak wszystko zawiśnie na swoim miejscu. Miłego dnia!