sobota, 31 marca 2012

Under my umbrella.


Płaszcz: Orsay. Sukienka: H&M. Buty: Centro. Parasol: Chiński na Jagiellońskiej w Rzeszowie.

Ja wiem, że na facebooku obiecałam Wam cudną, białą maxi spódnicę, ale co się odwlecze, to wiadomo, będzie innym razem. Teraz mam dla Was super sobotnią pogodę i mój chiński parasol, nabyty na Jagiellońskiej w mieście, które staje się moim domem. I powiem Wam, że podczas mieszkania w Irlandii, na cudownej, deszczowej Zielonej Wyspie, nauczyłam się jednej, zasadniczej rzeczy - należy dobrze inwestować w parasol. Teraz ja się pytam, dlaczego zainwestowałam na Jagiellońskiej w parasol za marne osiem złotych, który rozpadł się przy pierwszym lepszym podmuchu wiatru? Jeśli Irlandia śmieje się w tym momencie z mojego nieszczęścia, to niech Irlandia wie, że ubolewam, że nie mogłam przywieźć ze sobą mojego niezniszczalnego parasola z falbanką... Mam za swoje ;-)

czwartek, 29 marca 2012

Dieta cud a'la Skalska.


Jesteście brutalni w tym, że co drugi komentarz jest pytaniem, a właściwie rozkazem, żebym opisała Wam moją dietę cud, dzięki której od walentynek schudłam 8 kilo. No to słuchać uważnie, bo nie będę powtarzać. A przepis jest bardzo prosty. Najpierw trzeba wyrzucić wszystkie książki kucharskie typu "Gotuj, jedz i chudnij", "Jedz z nami do woli, a będziesz 2 rozmiary lżejsza" i takie tam inne cudowne poradniki i przejść na tryb "Mogę jeść wszystko". Następnie trzeba wyciągnąć kartkę, na której należy zapisać priorytety życiowe, ale nie na skróty, tylko poprzeczkę postawić tak wysoko, żeby prawie jej nie było widać. Następnie trzeba postanowić zmienić pracę i miejsce zamieszkania, ale tak lekko radykalnie, co by nie było łatwo, ale też i nudno, oraz znaleźć sobie Miłość 300 km od siebie. Ja postanowiłam zamieszkać w Rzeszowie, pracować w fantastycznym miejscu z równie fantastycznymi ludźmi (uwierzcie, że tak się da, ale oficjalnie wkrótce zdradzę Wam, gdzie będziecie mogli mnie odwiedzać). A najważniejsze, postanowiłam kochać się w Góralu z krwi i kości i przemierzać setki kilometrów na trasie Rzeszów - Zakopane. Zapytacie jednak, co z tym chudnięciem? Uwierzcie, od miesiąca mam taki zapier* w każdym aspekcie życia, że jedzenie jest ostatnią rzeczą, o której myślę.
Wy byliście brutalni w komentarzach, ja byłam brutalna, ale szczera w dzisiejszym wpisie, hej ;-)

Zapraszam Was na mój facebookowy profil, gdzie bywam częściej

niedziela, 25 marca 2012

Miłość w/na głowie psoci mi, syćko sie mi pląto...


Marynarka: Bershka. Bluzka: Zara. Spódnica: C&A. Torba i buty: Sequin. Okulary i bransoleta: H&M. Naszyjnik: Promod.
całej reszty można doszukać się tu - ♫ Zakopower - Obidi maju

niedziela, 18 marca 2012

A Sunday kind of love (Vera Wang mini dress).


 Sukienka: Vera Wang. Torebka: Ted Baker. Buty: Sequin Shoes. Biżuteria: H&M.

Sukienkę kupiłam w secondhandzie, ze względu na wspaniały materiał i koronkę na dole, a dopiero w domu zobaczyłam na metce, co kupiłam. Patrząc na twórczość boskiej Very, być może mam na sobie jakąś mini retro suknię ślubną, zaprojektowaną przez królową w tym temacie! Kto wie, kto wie. Dziś łączę ją z dużą kopertą od Teda Bakera, jasnymi koturnami Sequin Shoes i idę dalej cieszyć się wspaniałą pogodą. Miłej niedzieli, hej!

sobota, 17 marca 2012

Spring is in the air!


Bluzka: Zara. Spodnie, okulary i bransoleta: H&M. Torba: Primark. Buty: Sequin Shoes.

Nawet, gdybym chciała ominąć w tym sezonie pastelowy trend, to nie da się. W każdym sklepie nadmiar mięty, zgaszonego różu i kremów bije po oczach, a ciekawe kroje nie pozwalają przechodzić obok nich obojętnie. Tak było też z dzisiejszą bluzką, która jest w moim ulubionym ostatnio kolorze, i z którą już bardzo dobrze się zakoleżankowałam. Koturny, to ostatni nabytek z Sequin Shoes. Pytacie w komentarzach, czy są wygodne, piszecie, że wysokość Was przerasta, więc powiem Wam tu i teraz, że ja jestem nimi zachwycona. Co prawda, chodzę na bardzo wysokich obcasach, te buty nie są najniższe, ale tak dobrze wymierzono różnicę wysokości koturny, że... w życiu tak dobrze nie czułam się na takiej wysokości. Cała reszta jest szara, bo dzięki mojej cudownej diecie jestem o 6 kilo lżejsza i mieszczę się w marmurkowe rurki, które nosiłam baaardzo dawno temu ;-) Miłej soboty, enjoy!

PS Przypominam, że w ten weekend Józki imieninują, więc kwiaty w dłoń i idziemy świętować ;-)

czwartek, 8 marca 2012

Zara Asymmetric Skirt (DIY).


Jestem zachwycona asymetrycznymi spódnicami z obecnej kolekcji Zary, jednak nadmiar wydatków nie pozwala mi na kolejną spódnicę, którą założę trzy razy i mi się znudzi, dlatego postanowiłam wystąpić w Dzień Kobiet w asymetrycznej spódnicy, jednak nieco mniejszym kosztem. Żeby Was nie okłamać, ten cudowny, prześwitujący i zwiewny materiał, z którego uszyłam spódnicę, nabyłam w secondhandzie za szalony 1 złoty. Dziś spróbuję pokazać Wam, jak zrobić od podstaw (nie tylko wyciąć przód z gotowej spódnicy) asymetryczną spódnicę o wartości 169,00 złotych.


 1. Z materiału wycinamy koło o promieniu długości odpowiadającej najdłuższemu fragmentowi spódnicy. Czyli jeśli chcecie mieć tył o długości 50cm, promień koła musi mieć 50cm (a właściwie 52cm, bo te 2 zostaną na końcu podszyte).
2. Na środku koła wycinamy mniejsze koło, około 20 cm większe niż obwód w pasie. Obszywamy je, tworząc dookoła zakładkę, przez którą przeciągacie gumkę. (I tu ciekawostka - byłam zaskoczona, kiedy w Zarze zobaczyłam gumkę w pasie. Zawsze myślałam, że to najniższa linia starania się, ale najwidoczniej nie.)
3. Rozkładamy spódnicę na podłodze, na płasko, i zaznaczamy łuk na przodzie (należy pamiętać o zachowaniu odpowiedniej długości od pasa do najkrótszego miejsca spódnicy, żeby później się nie zdziwić, kiedy będzie za krótka), dodając na długości dodatkowe 2 cm do podszycia. Osobiście proponuję wyciąć najpierw mały łuk, a potem go docinać. To wydaje się proste, ale przy każdym korygowaniu najlepiej jest podnieść materiał, a nawet założyć na siebie, żeby zobaczyć jak się układa.
4. Na koniec obszywamy całą krawędź spódnicy, wykańczając ją.
Proste prawda?
Turkusowa była pierwsza, dlatego to na jej podstawie wyjaśniam. Skroiłam i pozszywałam jeszcze pastelową, równie zawrotnym kosztem. (Za zdjęcia z góry przepraszam, ale czas gonił, miejsce pracy było nieodpowiednie, i choć starałam się jak mogłam, zdaję sobie sprawę, że będziecie musieli ruszyć wyobraźnią, żeby się w tym połapać.) 


U mnie, w Dzień Kobiet, będzie trochę turkusu, trochę czerwieni, ale jak w ostateczności wyglądałam zobaczycie następnym razem. Tymczasem wszystkim Kobietom, jak co roku, życzę siły i wiary, że w życiu można osiągnąć wszystko oraz dużo uśmiechu, nie tylko w tym dniu, ale przez cały rok, aż do kolejnego 8go marca ;-) 

PS Statystyki ostatnio szaleją - dziękuję stokroć za 450 000 wyświetleń mojego bloga! Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale... dziękuję ;-)