piątek, 26 lipca 2013

Strój dnia: Floral blazer, czyli biała marynarka w kwiaty.


Lubię konkretne wzory, które można zestawić z minimalistyczną całością. Taka też jest biała marynarka w kwiaty, którą możecie aktualnie kupić na przecenie w Reserved ze 189,99 na 99,99! A warto, bo marynarka jest naprawdę nieziemska. Pasuje do każdego minimalistycznego zestawu, a jedną propozycję serwuję Wam w dzisiejszym poście. Limonkowe spodenki dostaniecie obecnie na H&M'owej wyprzedaży, z 99,90 na 30, a jak mocniej poszukacie, to mój shopper bag, który ja kupiłam za 129,90 dorwiecie teraz za 75,00. W ogóle dziś jestem jedną wielką przeceną, ale patrząc na to, co się dzieje w sklepach, nie może być inaczej ;-) Buty dostałam od Dee Zee, premierę miały już w maju, i są aktualnie moją parą czarnych klasyków numer 1. I na dziś tyle - idę dalej delektować się moim wolnym tygodniem ;-) Miłego dnia, hej!


Marynarka: Reserved. Spodenki, koszulka, torba i okulary: H&M. Zegarek: Parfois. Buty: DeeZee.

♫ Imagine Dragons - Radioactive

piątek, 19 lipca 2013

New in: floral blazer, czyli biała marynarka w kwiatki.


Marynarka: Reserved.

Wolny piątek postanowiłam spędzić na generalnym sprzątaniu domu, przed przyjazdem Podkarpacia na Podhale, jednak pogoda była tak cudowna, że Skalski zarządził wyjście na Gubałówkę, bo by kości rozprostować i nogi opalić. Na nieszczęście dla rodzinnego budżetu, na trasie miedzy naszym domem, a ową górą, otworzono niedawno Reserved, a z racji tego, że od otwarcia nie byłam tam ani razu, postanowiłam wejść. I na pierwszym wieszaku wisiała ona - biała marynarka w kwiatki, której szukałam od dwóch tygodni i oto jest. Dobra marynarka, dobra cena, stówka mniej w portfelu, ale godna marynarka w szafie.
W roli wyjaśnienia, nasze wyjście na Gubałówkę skończyło się w Reserved, ale w zamian Skalski, zakochany w swoim nowym samochodzie chyba bardziej niż we mnie, fundnął mi wycieczkę krajoznawczą po okolicznych Kościeliskach, Chochołowach, aż po samą Słowację, gdzie Złote Bażanty i czekolady Studenckie ♥

środa, 17 lipca 2013

Strój dnia: Shine bright like a diamond, czyli spódnica z cekinów H&M w roli głównej.


Słońce wróciło do Zakopanego i chwała Panu, bo w tamtym tygodniu, w połowie lipca, doszło do tego, że chodziłam w kurtce jesiennej! Kiedy przeprowadziłam się tu, usłyszałam, że "tu zima trwa 10 miesięcy, a potem już tylko lato, lato i lato" i tak chyba jest. Ze skrajności w skrajność, a ja (przeżywszy tu już pierwszą zimę) przeglądam w lipcu kurtki zimowe.
Tymczasem dziś ciepełko, czyli zawrotne 17 stopni. Na sobie mam jedną z moich ulubionych spódnic, którą udało mi się upolować na wyprzedaży za 20 złotych zamiast 199. Kiedy jednak dziś założyłam ją po dłuższej przerwie, zobaczyłam, że wisi na mnie jak worek (wybrałam takie zdjęcia, co by najmniej to pokazały), ale takie uroki nagłego zejścia do rozmiaru 36. Pytacie masowo, co mi się dzieje, że tak chudnę, więc jeśli mam być szczera, to powiem Wam, że nic szczególnego. Po prostu dużo pracuję, dużo biegam po czteropoziomowym budynku, a krótkie przerwy nie sprzyjają obżeraniu się. Rano wypijam szklankę wody mineralnej z cytryną, właściwie piję taką wodę w każdej wolnej chwili, i gotuję, dużo gotuję, ale mając za męża trenera osobistego i trenera kulturystyki w jednym, nie da się gotować niezdrowo ;-) Kiedy mam kryzys, jem McDeal w Maku, w skład którego wchodzą dwa kurczakburgery, frytki i cola, a kryzys mam pięć razy w tygodniu ;-) Od siebie dla siebie, wieczorami, przed telewizorem, kiedy łapią mnie wyrzuty sumienia po Maku, wyginam śmiało ciało w każdym kierunku, ale nie są to jakieś szczególne ćwiczenia, żebym mogła się chwalić. I tyle, tym sposobem doszłam do rozmiaru 36, który ostatni raz miałam w klasie maturalnej. Radość z tego powodu oczywiście ogromna, narzekać nie będę ;-) Miłego dnia, hej!


Zegarek: Parfois. Cała reszta: H&M.

piątek, 12 lipca 2013

Fryzura ślubna - kok idealny.

Moim faworytem ślubnym są włosy delikatnie, naturalnie podkręcone i rozpuszczone. Żadnych welonów, trochę kwiatów lub toczków. Delikatnie, naturalnie, dziewczęco, świeżo, tak, jak na poniższych zdjęciach. I boję się spełnić to marzenie, bo z doświadczenia wiem, że każde loki na moich grubych i ciężkich włosach, niezależnie jak wylakierowane, prostują się i wyglądają po prostu nijak po dwóch godzinach. A nijak to ja nie chciałabym wyglądać w ten szczególny dzień.


Dlatego kolejną opcją, najprawdopodobną, jest gładki, wysoki kok. Nie raz stawiałam na taką fryzurę i wiem, że jest nie tyle bardzo praktyczna, co idealnie modeluje, wyciąga twarz. Do tego, choć jestem przeciwna welonowi, to patrząc na to, że kobieta zmienną jest, i gdyby mi się odwidziało, to mogę zarówno podwiesić sobie pod nim welon, jak i wpiąć zamiast niego moje kochane kwiatki, jak na zdjęciu poniżej. To jest mój pierwszy kok z trzech, które będę testować na próbnym czesaniu.


Drugim kokiem jest gładki kok, ale niski. Kiedy już na 100% zrezygnuję z welonu, albo kiedy u fryzjera stwierdzę, że poprzedni kok, to jednak nie jest to, spróbuję ten poniższy. Rozpatruję jeszcze w wersji asymetrycznej, na jednym boku, jednak najpierw stawiam na klasyk z tyłu głowy.


Kiedy już wszystko mnie zawiedzie, na pewno postawię na pewniaka - uczesałam takich koków kilka i każda z panien młodych stawiała mi po weselu flaszkę za dobry wybór. O czym mowa? O totalnym nieładzie uformowanym w niski kok z tyłu głowy. Wbrew pozorom wcale nie jest to łatwy kok i jednym za dużo pryśnięciem lakieru można wszystko spieprzyć, jednak dobry efekt odwala równie dobrą robotę.


Te trzy koki będę testować i przyznam szczerze, że już na samą myśl o tym dostaję szału. Nie ufam fryzjerom, boję się fryzjerów (tak, wiem, że sama jestem fryzjerem) i w poranek ślubny albo wypiję wiadro melisy, albo flaszkę cytrynówki, zanim pojadę do mistrza czy mistrzyni fachu.

PS Szukam fajnych dodatków do włosów, typu toczków czy kwiatów, ewentualnie nietypowych welonów - gdyby ktoś podesłał mi link w komentarzu, Bóg mu niech w dzieciach wynagrodzi.

PS2 Gdyby ktoś znał jakiś super sposób na pozbycie się nerwów przedślubnych, za komentarz niech Bóg mu niech w dzieciach wynagrodzi podwójnie ;-)

niedziela, 7 lipca 2013

Strój dnia: H&M, you're right. Yellow is not my colour, definitely.

Now I'm rising from the crowd
Rising up toward you
Filled with all the strength I've found
There's nothing I can't do



Nienawidzę żółtego koloru. Mam taki typ urody, taki odcień skóry, że właściwie jest to jedyny kolor, z którym nie umiem współpracować. Dlaczego więc mam dziś na sobie bluzkę w najbardziej intensywnym kolorze żółtego, jaki tylko można spotkać? Bo w życiu jeszcze żadna bluzka tak mojej nienawiści do tego koloru nie oddawała ;-)


Zegarek: Parfois. Bluzka, spodnie, torba, okulary i koturny (czyli cała reszta): H&M.


czwartek, 4 lipca 2013

Domowy sposób na cudne włosy - żółtko z oliwą z oliwek i laminowanie włosów żelatyną, czyli dwa mistrzostwa świata.

Choć tytuł dzisiejszego wpisu mówi sam za siebie, to postanawiam jednak dodać od siebie trzy grosze. Ukłon niski w stronę drogich masek, które "wspaniale uzupełniają WSZYSTKIE niedoskonałości włosów", ukłon niski w stronę "cudownych, intensywnych kuracji, które w JEDEN raz uzupełnią szkody wyrządzone włosom przez ROK masakry". Jednak największy ukłon w stronę dwóch zabiegów, które stosuje się od pokoleń, których składniki znajdziecie u siebie w domach, gdzie jajko odżywi, oliwa wygładzi i nabłyszczy włosie, a żelatyna obciąży i wygładzi grube włosy. Nie wyobrazicie sobie, co kilkakrotne zastosowanie potrafi zdziałać z Waszą czupryną, jeśli nie spróbujecie. Ja, mistrzyni dekoloryzacji i koloryzacji, spróbowałam. I szczerze polecam, hej!

Przepis na mistrzostwo świata numer 1:
żółtko jajka + oliwa z oliwek + trochę temperatury do podgrzania + folia do owinięcia czupryny na 30 minut

 Banał, do stosowania raz w tygodniu, a efekty można zobaczyć (i odczuć) już po pierwszym użyciu. Wciskając swoje trzy grosze, dodaję jeszcze 2 łyżki tłustego mleka, z nadzieją, że w takim wypadku dostarczam 100% dobroci moim włosom.
Plusy: włosy odżywione i miękkie.
Minusy: nie zauważam, aczkolwiek trochę trzeba się nagimnastykować, żeby dobrze wypłukać oliwę z włosów.


Przepis na mistrzostwo świata numer 2:
1 łyżeczka żelatyny + 3 łyżeczki wrzątku + 1 łyżeczka odżywki do włosów + folia do owinięcia czupryny na 45 minut
(osobiście moje proporcje są podwojone, bo mam bardzo bardzo dużo włosów)

Drugi banał, do stosowania dwa razy w miesiącu, ale żeby nie oszukiwać, nie dla wszystkich. Należy pamiętać, że laminowanie, to zamykanie łusek włosa i obciążanie go, przez co włos jest ciężki, ale gładki i lśniący. Raczej do włosów niezdyscyplinowanych, grubych, niż do cienkich.
Plusy: cudowne wygładzenie i zdyscyplinowanie włosów.
Minusy: jako posiadaczka włosów grubych, zniszczonych prostownicą i rozjaśnianiem, w tej metodzie zauważam tylko plusy. A patrząc na to, że w salonie za taki zabieg zapłacicie około 300 złotych, a w domu sto razy mniej (jak pięknie to brzmi!), to już w ogóle mistrzostwo.


Sposób przyrządzenia mikstury: do żelatyny wlewacie wodę, dokładnie mieszacie, aż do momentu całkowitego rozpuszczenia żelatyny. Następnie dodajecie odżywkę i mieszacie, aż do uzyskania w miarę jednolitej konsystencji. Następnie na osuszone ręcznikiem włosy nakładacie miksturę, owijacie głowę folią spożywczą (im cieplej, tym lepiej) i przez 45 minut wyglądacie tak:


Po upokorzeniach, związanych z mało estetycznym wyglądem przez 45 minut, po setkach pytań osób, które już dawno Was nie odwiedzały, a akurat wtedy zachciało im się niezapowiedzianych wizyt, po dociekaniach mężów/chłopaków/facetów "a co to? a po co? a jak? i na jak długo?", dokładnie spłukujecie włosy wodą i układacie jak zawsze.

I z ręką na sercu mówię Wam, że bez większych starań (a naprawdę musiałam dużo się gimnastykować, żeby wyprostować moje włosy) nie będziecie wyglądać tak:


Tylko tak:



Żeby wyprzedzić pytania, spośród kilku moich wyuczonych i praktykowanych zawodów, jestem też fryzjerem, dlatego o włosiu trochę wiem. Wiem, co i jak zrobić, żeby dziś mieć włosy blond, jutro czarne, pojutrze znów blond, a nie być łysa. Osobiście jestem posiadaczką włosów grubych i suchych. Włosy myję dwa razy w tygodniu. Raz w miesiącu niszczę włosy farbą rozjaśniającą, po każdym myciu prostuję włosy. Stosowałam różne zabiegi regeneracyjne włosów, od kauteryzacji olejami bambusa, po keratynowe prostowanie. Każda metoda na pewno coś dobrego wniosła w moje włosie, jednak żadna nie zachwyciła mnie do tego stopnia, żebym była jej wierna przez dłuższy czas. Lubię eksperymentować z domowymi zabiegami, dlatego laminowanie i maseczkę z oliwy z oliwek przetestowałam kilkakrotnie, dzięki czemu nie jestem gołosłowna. I szczerze polecam ;-)

W razie pytań czy wątpliwości, jestem w komentarzach.