poniedziałek, 30 września 2013

Strój dnia: Cat lover, czyli tunika i kot z H&M.


W tym kocie zakochałam się, jak tylko pojawił się w zakopiańskim H&M'ie, aczkolwiek zakochałam się w nieco mniejszej wersji, na przodzie rozkloszowanej sukienki, która była zdecydowanie za krótka na mnie. Z bólem serca przechodziłam obok niej, a potem koty rozeszły się jak najświeższe bułki i zostałam sama. I teraz, niech żyją wyprzedaże! Kiedy przedwczoraj zobaczyłam jeden jedyny egzemplarz tej tuniki (która nie jest co prawda tamtą sukienką, ale futrzak jest ogromny i równie kochany), uznałam to za przeznaczenie i... przygarnęłam kota do domu ;-)


Sukienka: H&M
Kurtka: Next
Torebka: www.sequinshoes.pl
Zegarek: Parfois
Buty: CCC

+ ♫ Capital Cities - Safe and sound

niedziela, 29 września 2013

New hair: Wrześniowa koloryzacja włosów - Garnier Olia 8.31, złocisty popielaty blond.


 Lato przeminęło, nadeszła jesień, czyli ciężki czas dla włosów. Zaczną się niskie temperatury, deszcze, szorstkie szaliki i czapki, pojawią się niechciane, rozdwojone końcówki, albo puszące się od wilgoci włosy. W ruch pójdą podwojone ilości masek i odżywek do włosów,a wszystko po to, żeby utrzymać swoje włosie w jak najlepszej kondycji.
Powoli zaopatrzam się w nowe maski i cuda wianki do włosów, jednak jesień najpierw witam nieco innym kolorem włosów. W poprzednim poście pokazałam Wam, jak rozróżnić i dobrać odpowiedni dla siebie odcień blondu oraz wspomniałam, że pogodzona z faktem, że złoto na włosach mi pisane, postanowiłam złoto przywrócić. Z pomocą przyszła mi nowa koloryzacja Garniera, wzbogacona różnymi olejami, i co najważniejsze dla przesuszonych rozjaśnianiem włosów, koloryzacja bez amoniaku.


Docelowym moim kolorem jest miodowy blond, jednak miałam bardzo bardzo jasny blond, potraktowany dodatkowo ostatnio rozjaśniaczami, dlatego bałam się, żeby nie uzyskać efektu koloru żółtka jajka, więc wybrałam kolor, który nie jest typowo ciepłym odcieniem, ponieważ idealnie łączy popiel i złoto, farbując włosy na bardzo naturalny odcień. A właśnie na takim odcieniu mi zależało, dlatego wybrałam odcień 8.31, złocisty popielaty blond.

Włosy przed koloryzacją: bardzo bardzo jasny blond, rozjaśniany najpierw poziomami od 10 do 12, następnie pryskany rozjaśniaczem w spray'u.

\

 Włosy po koloryzacji: włosy zapigmentowane złocisto popielatym blondem, Garnier Olia 8.31, bez przeciągania na same końce, w celu uzyskania efektu delikatnego ombre.


Opinia na temat farby: Jako posiadaczka ogromnej ilości włosów (zazwyczaj zużywam 3 opakowanie drogeryjnej farby), uznaję farbę za bardzo wydajną, ponieważ wystarczyły mi 2 opakowania. Konsystencja jest bardzo kremowa, dobrze kryje włosy i co ważne, dzięki olejom kwiatowym, bardzo fajnie pachnie.
Opinia na temat koloru: Zdaję sobie sprawę, że kolor bardzo mi się wypłucze z moich rozjaśnianych wcześniej włosów, jednak dzięki tej koloryzacji pigment we włosach został uzupełniony i nie mam już najmniejszych obaw przed położeniem w przyszłym miesiącu koloru, który mam nadzieję będzie moim docelowym ;-)

sobota, 28 września 2013

Ciepły czy zimny blond, czyli analiza kolorystyczna dla każdej blondynki.

Dziś pragnę poruszyć temat, który każda blondynka powinna mieć w jednym paluszku, ale... nie każda ma ;-) Spotykam się z wieloma kobietami, które eksperymentują z różnymi blondami na głowie, w nadziei, że trafią na ten idealny. Dlatego dzisiejszy wpis specjalnie dla każdej blondynki, która na swój kolor jeszcze nie trafiła, a chciałaby ;-)

Analiza kolorystyczna, to dobranie kolorów, które będą współgrały z odcieniem cery i kolorem oczu, a nie będą wyglądały nienaturalnie, wręcz sztucznie i karykaturalnie. Każda blondynka powinna wiedzieć, że istnieją TYLKO DWA typy: typ ciepły i typ zimny. Nie ma czegoś takiego, jak typ mieszany - dobra analiza potrafi jasno sprecyzować dany typ. I nie ma czegoś takiego, że da się typ zmienić, co spróbuję udowodnić poniżej ;-)

Jak najłatwiej rozróżnić typ ciepły? Pamiętam, że kiedy chłonęłam w szkole typy kolorystyczne, żeby dobrze sobie to zobrazować, na tapecie stawialiśmy między innymi Małgorzatę Sochę i Jennifer Aniston - są to typowe blondynki, z ciepłą cerą, pokrytą mniej lub bardziej licznymi piegami, często się rumienią, mają oczy w odcieniu ciepłej zieleni lub błękitu, a włosy miodowe lub złote. I choć powyższe wytyczne zna każda kobieta o typie urody wiosny czy jesieni, to nie każda dalej potrafi sobie to wyobrazić. I dlatego jestem ja ;-)
Najlepszym kolorem włosów dla ciepłych typów są wszystkie, które ocieplając, podkreślą urodę - wszystkie blondy złote, miodowe, karmelowe, musztardowe i rude. Typowy, ciepły typ urody, oraz odpowiedni odcień dla "ciepłej" blondynki, obrazują poniższe zdjęcia:


Typ zimny natomiast, najlepiej zobrazują Wam Małgosia Kożuchowska i Cameron Diaz - zimna, porcelanowa, przezroczysta cera, lazurowe lub zimne, błękitne oczy i platynowy blond na włosach. Najlepszy kolor dla "zimnych" blondynek: każdy, w którym złoto zastąpione zostało popielą, która idealnie uwydatnia ten cudowny, ale rzadki typ urody - platyny, mroźne blondy, perłowe i popielate odcienie. A poniżej klasyki w temacie:



I teraz to, co zna każda blondynka, która eksperymentuje - totalnie nietrafione odcienie do danych typów urody:

ciepły odcień włosów dla zimnego typu urody

i na odwrót - zimny kolor włosów do ciepłej urody



Pamiętajcie, że na dobrze dobrany blond bardzo trudno trafić, ale lepiej błądzić w odcieniach swojego typu kolorystycznego, niż popełniać tak drastyczne błędy, jak autorzy powyższych, radykalnych błędów. Przejście na przeciwny typ gwarantuje Wam brak wyrazistości i ewidentne postarzenie, czego chyba żadna kobieta nie chciałaby doświadczyć ;-)
Nie ma też czegoś takiego, jak "wyrobienie" sobie nowego typu urody, czyli jeśli ktoś jest piegowaty, nigdy nie uzyska porcelanowej cery, jeśli ktoś ma złoty pigment we włosach, w zimnych odcieniach zawsze będzie wyglądać źle, i na odwrót.

Ze swojej strony powiem, że jako mistrzunio w metamorfozach na swojej głowie, zawsze chciałam być typem zimnym i próbowałam na wszystkie sposoby zgasić złoto na mojej głowie, co z perspektywy czasu widzę, że nie było dobre ;-) Pogodziłam się z tym, że mam więcej piegów niż pieguski, że złoto i miód mi pisane, dlatego zakupiłam odpowiedni odcień i powoli, stopniowo zaczynam wprowadzać miód na włosie - pierwsza koloryzacja już w następnym wpisie.

Zapraszam na facebook ;-)

czwartek, 26 września 2013

Strój dnia: Koronki, grube sploty i pierwsze kolory tej jesieni.


Mija dokładny rok, odkąd mieszkam w Zakopanem (żeby nie powiedzieć w krainie zimna ;-)) - powoli uczę się, w jakie ubrania inwestować. Tak też było i tym razem - kiedy oglądam na innych blogach przepiękne sukienki, spódnice i topy, ja zupełnie idę w innym kierunku - mili Państwo, oto dla odmiany rozpoczynam sezon ciepłych swetrów, kardiganów i szali;-) Aby przełamać ponure, pochmurne, jesienne dni, inwestuję w tym sezonie w beże, kremy, biele i karmele. I włosy trochę ocieplam, co zobaczycie w następnym wpisie. Tymczasem podsyłam Wam pakiet zdjęć z ostatniego łapania promieni słonecznych, które nagle pojawiły się w mieście ;-) Enjoy!


Spodnie, szal, okulary i pierścionek: H&M
Torba: Orsay
Buty: Centro

środa, 25 września 2013

Moja suknia ślubna - poszukiwanie zakończone!


Kiedy patrzę na powyższe zdjęcie, zdecydowanie całe życie było mi bliżej do minimalistycznego i prostego stylu Emmy niż stylu "na bogato" Liv (dla niewtajemniczonych, do tej po prawej). Aż tu nagle przyszło mi znajeźć idealną suknię ślubną i wszystko wszystkim się poprzestawiało ;-) Ale od początku.



Zacznę od tego, że rozpatrywałam różne opcje kupienia/uszycia/wypożyczenia sukni ślubnej: 
- Szycie ze zdjęcia od razu odpadło, ponieważ nie wyobrażam sobie, że zlecę uszycie idealnej krawcowej mojej sukni z równie idealnego zdjęcia, a po założeniu jej uznam, że... to nie to. Byłoby to spełnienie moich najskrytszych koszmarów, dlatego ta opcja nie wchodziła w żadną rachubę.
- Z wypożyczeniem długo walczyłam, ponieważ nasłuchałam się opinii "kobiet, które ślub i wesele mają za sobą i dobrze wiedzą, co jest najlepsze" i popieram, że wydanie kilku tysięcy na sukienkę, w której wystąpię jeden raz, a potem będę zastanawiać się, gdzie ją schować, albo najszybciej sprzedać, nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Odwiedziłam kilka pobliskich salonów i niestety opcja oddania sukni w ciągu 5 dni nie jest dla mnie, osoby, która będzie miała dwie oddzielne sesje ślubne, i to w dwa różne dni, do tego zależne od szalonej, podhalańskiej pogody. Nie mam zamiaru martwić się od dnia ślubu, czy łaskawie zdążę zrobić sobie zdjęcia, zanim będę musiała oddać suknię ;-) A od tego zdecydowanie odciągnęła mnie opcja numer trzy, w poniższym punkcie.
- Kupno sukni ślubnej okazało się opcją dla mnie. Trafiłam na salon, który ma dla mnie suknię idealną, do tego w cenie takiej, jaką zaproponowali mi za wypożyczenie! 

Ale na początku nie było tak kolorowo, jak miało być ;-)


Z racji tego, że 2 tygodnie temu byłam na Podkarpaciu, i znałam rozbieżność między cenami w różnych częściach Polski, zaglądnęłam do rodzinnego Leżajska, gdzie znajdują się 3 salony (aby nie reklamować żadnego, nazwijmy je Salon V., Salon Te. i Salon J. - niech resztę podpowie Wam wujek Google).

Do Salonu V. skierowała mnie przyjaciółka i całe mnóstwo znajomych, które hurtowo wychodziły za mąż przez ostatni rok, publikując tu i ówdzie zdjęcia właśnie w sukienkach z tego salonu. Nie ukrywam, że zachwyciłam się nie jedną, dlatego było to pierwsze miejsce, gdzie zaczęłam poszukiwania. Po przekroczeniu progu trafiłam do kameralnego salonu pełnego sukien, że tak powiem, "na bogato" ;-) Przemiła pani przedstawiła mi jasno ofertę, ceny, terminy, a ja nurkowałam między wieszakami i stojakami, szukając tej jedynej. Minusem dla mnie było to, że nie znalazłam sukni bez diamentów, kamieni czy koronek, a na takiej mi zależało, no bo wiadomo - góralski, wyszywany pas ewidentnie byłby przysłowiowym kwiatkiem do kożucha ;-) Jednak gwarantuję, że każda fanka diamentów, która chce wyglądać jak milion dolarów, znajdzie tam suknię dla siebie.
Ocena od 1-6 za salon i suknię: 5 (tylko dlatego, że mam kwiatki, a nie diamenty).
Ocena od 1-6 za obsługę: 6.


Salon Te. to chyba najbardziej znany mi salon w tamtych terenach - ma bardzo dobrą reklamę, cudowne zdjęcia w sieci i kilka salonów na Podkarpaciu. A kiedy wyszłam z salonu V. i moja towarzyszka podróży poinformowała mnie, że mają nowo otwarty salon niedaleko, od razu udałyśmy się w jego kierunku. Przyznam szczerze, że wcześniej pisałam tam mailowo z zapytaniem co i jak, skoro mieszkam tak daleko i otrzymywałam tak pozytywne odpowiedzi, że byłam przekonana, że jak przyjadę, to od razu wyjdę z suknią. Salon niczego sobie - przestronny, duży, suknie pięknie wyeksponowane na manekinach. Zdecydowanie gorzej z obsługą - zacznę od tego, że kobieta siedząca za ladą nie była zainteresowana naszą obecnością (byłyśmy jedynymi potencjalnymi klientami w salonie), już nawet chciałam zacząć rozbierać manekina, żeby coś nią ruszyło, ale chyba wyczuła moje intencje i po 10 minutach zapytała, czy w czymś nam pomóc ;-) Przekazałam, że jestem zakochana w trzech sukniach (pokazałam trzy manekiny), powiedziałam na kiedy mi trzeba i zapytałam o cenę kupna. Wtedy kobieta popatrzyła w sufit i wyrecytowała mi pięciominutową regułę wypożyczenia i czegoś tam jeszcze, ale nic nie zrozumiałam z tego. Po ponownym zapytaniu tylko o cenę kupna sytuacja powtórzyła tak samo poprzednią regułę, a ja patrząc na moją towarzyszkę kiwnęłam głową, udając, że zrozumiałam. W jednej z tych trzech sukni mogłabym od razu wystąpić, właściwie to byłam zdecydowana, dopóki kobieta... nie zaczęła na mnie krzyczeć, kiedy zaczęłam wyciągać telefon z torebki (co by zrobić zdjęcie i wieczorem pokazać moim przyjaciółkom swój wybór). Ona nie krzyczała, ona po prostu darła się na mnie, czym byłam tak zażenowana, że zaniemówiłam. Moi drodzy, ja rozumiem, ja naprawdę dużo rozumiem, ale w butiku Paprocki&Brzozowski, u Zienia, w każdym chyba innym prócz Salonu Te., byłoby to nie do pomyślenia. Wydawało mi się, że jeśli kupuję sukienkę za 4 000 złotych, to nie kupuję bułki w Tesco za 40 groszy (oczywiście nic do tych bułek nie mam), jakieś najmniejsze zainteresowanie klientem powinno być. O przymierzenie sukni już bałam się zapytać, ponieważ pewnie musiałabym zapłacić jakąś zaliczkę, dlatego podziękowałam, wyszłam z salonu i cały czar prysł... ;-) Podsumowując: suknie bajkowe, obsługa fatalna. A jako, że ślub planuję jeden w życiu, doznałam urazu dozgonnego do tego salonu, zmieniając całkowicie o nim zdanie, być może tylko dlatego, że źle dobrali pańcię do obsługi.
Ocena od 1-6 za salon i suknie: 3 (nawet najpiękniejsze suknie stracą urok przy tragicznej obsłudze).
Ocena od 1-6 za obsługę: -100.


Mając popsuty humor po wyjściu z Salonu Te., poddałam się i pogodziłam, że wypożyczę w Krakowie i zrobię sobie sesję pod domem w dniu ślubu. Jednak moja towarzyszka, równie zbulwersowana całą sytuacją przypomniała sobie, że jest jeszcze Salon J. Wkurzone, padnięte, zrezygnowane (z perspektywy czasu potrafię sobie wyobrazić nasze miny po wejściu do salonu) dodarłyśmy na miejsce, gdzie przywitała nas przemiła kobieta. Normalnie ze skrajności w skrajność! Powiedziałam o pasie w kwiatki, co dodatkowo zainteresowało kobietę, po czym oznajmiła mi, że jestem drugą pseudo góralką w ich karierze i spełnią każde moje marzenie ;-) Po trzech minutach buszowania między manekinami, wraz z moją towarzyszką zatrzymałyśmy się przy tej samej sukience i od razu, zarówno ona jak i ja, wiedziałyśmy, że to TA. Wątpliwości miałam tylko co do materiału, jednak pani od razu wyskoczyła do mnie z próbkami materiałów, na które mogę go zamienić, co było strzałem w dziesiątkę. Wybrałam, kupiłam i jest, hej! ;-)
Ocena od 1-6 za salon i suknie: 6!
Ocena od 1-6 za obsługę: 6!


Na koniec zostawiłam dla Was największą ciekawostkę. Pisałam, że całe życie wiedziałam, jak ma wyglądać moja suknia ślubna, a kiedy przyszło do szukania, nic mi się nie podobało. Kiedy już sprecyzowałam, wybrała dodatki i wiedziałam, że ma być prosta, minimalistyczna, przysłowiowy worek na ziemniaki, wybrałam... totalne przeciwieństwo! Dlatego teraz szczerze powiem, że istnieje takie coś, że kiedy stanie się przed właściwą sukienką, to od razu wie się, że to TA. Osobiście jestem zakochana w swojej sukni i zarazem zdumiona, że sama wybrałam taki krój. Zobaczycie, Wy też będziecie zaskoczeni ;-)


Żadna z sukni zamieszczonych w poście nie pochodzi z wyżej wymienionych salonów. Są jedynie moimi inspiracjami, którym byłam wierna... zanim nie znalazłam swojej idealnej sukni ślubnej ;-)
Niestety, z racji tego, że słowo się rzekło i mój narzeczony nie zobaczy jej do ślubu, nie możecie jej zobaczyć też Wy. Ale podobno wyczekane smakuje najlepiej, jeszcze trochę cierpliwości i wszystkich Was zaskoczę, hej! ;-)