poniedziałek, 29 lutego 2016

I Ty możesz pomóc - SOS Wioski Dziecięce.

 

Czy zastanawialiście się kiedyś, jakimi jesteście szczęściarzami, siadając codziennie do obiadu/kawy/kolacji z najbliższymi? Kiedy macie do kogo jechać na święta (czasami macie tylu bliskich, że tych Świąt brakuje), albo kiedy, co roku ktoś wita Was tortem i balonami w dniu urodzin? Zapewne są to dla Was sprawy oczywiste, zaryzykuję stwierdzeniem, że tak naturalne, że nie zwracacie za bardzo na nie uwagi. Popatrzcie wstecz, na czasy, kiedy byliście dziećmi, i wyobraźcie sobie, że jecie obiad sami i osamotnieni, nie macie z kim spędzić świąt i nie dostajecie nawet symbolicznego toru na urodziny - ja nawet nie potrafię sobie takiej sytuacji wyobrazić, a kiedy pomyślę, że takich dzieci jest wokół nas mnóstwo, nie potrafię przejść obojętnie.

Nie raz przedstawiałam Wam tu stowarzyszenia i fundacje, które w miarę możliwości staram się wspierać, w tym roku chcę dotrzeć do jak największej liczby osób ze stowarzyszeniem, które stawiam sobie za numer jeden:


Jak zwykle podaję Wam pigułę na temat czym są Wioski Dziecięce SOS (bo wiem, jak to z czytaniem takich długich tekstów na blogu bywa). Wioski Dziecięce SOS to stowarzyszenie, które pomaga opuszczonym i osieroconym dzieciom. W Polsce opiekuje się dziećmi, które w wioskach mogą prowadzić normalne życie, jak ich rówieśnicy ze zwykłych rodzin. Każda wioska dziecięca to osiedle domków, w których dzieci mieszkają z zastępczymi rodzicami. W każdym domu mieszka osobna rodzina. Ważną zasadą jest nierozdzielanie naturalnych braci i sióstr. Dla zapoznania się bardziej z tematem zapraszam Was tu: www.wioskisos.org


Powiem Wam osobiście, że moje życie tak naprawdę, totalnie przewartościowało się po urodzeniu Zojdy - niesamowicie potrafię docenić to, że mam zdrowe dziecko, fajnego faceta u boku, mieszkamy na niedużym, ale kochanym i dopieszczonym metrażu i choć jojczę na pracę, pogodę i co mi tam się w głowie urodzi, to kiedy zamykam się z moim szalonym i kochanym duetem w domu, to niczego więcej mi do szczęścia nie trzeba. I naprawdę tak niewiele trzeba, żeby na czyjejś twarzy wywołać uśmiech. 


Jak można pomóc? Wariantów jest kilka:

 1. Zostań rodzicem SOS (i choć wiem, że większość z Was nie może / nie ma możliwości, a punkt ten od razu pominie, to zachęcam do kliknięcia w link, gdzie można dużo dowiedzieć się o funkcjonowaniu Wiosek, a nawet poczytać blog Mamy SOS).

2. Zostań wolontariuszem.

3. Można dołączyć do Klubu Przyjaciół SOS lub zostać Patronem, przeznaczając określoną kwotę na konto stowarzyszenia.

4. Dzięki współpracy z lokalami gastronomicznymi w całej Polsce każdy może wesprzeć, wystarczy, że zjecie coś w wyznaczonych lokalach, a 10% Waszego rachunku przeznaczone zostanie na Wioski Dziecięce SOS.

5. Obecnie panuje moda na ślubach i weselach, że Młoda Para nie chce kwiatów (które są piękne, ale wiem z własnego doświadczenia, że dzień po weselu w domu ma się kwiaciarnię, z którą nie wiadomo, co zrobić), dlatego można poprosić o gości o datki lub podarki dla dzieci z Wiosek Dziecięcych SOS.

Jak widzicie, form pomocy jest wiele. Od siebie dodam, że nadchodzi czas rozliczeń podatkowych, jeśli już nie macie skłonności do przelewania pieniędzy, to pamiętajcie, że każdy z nas ma ten 1% do oddania - ja drugi rok z rzędu stawiam na Wioski Dziecięce SOS, Wy też możecie.


Pozdrawiam,
Skalska & Zohan ;-)

czwartek, 25 lutego 2016

PAZNOKCIE: Semilac 042 Neon Raspberry.


Neon Raspberry kupiłam, szukając czegoś między różem i koralem, ale jak to u mnie bywa, musiał to być kolor z petardą ;-) Kiedy wpisałam w google grafika 042 (zawsze przed zakupem tak sprawdzam kolory, bo mogę wtedy zobaczyć tak zwane "real foto" na paznokciach różnych dziewczyn, nie tylko na komputerowej propozycji reklamującej lakier) myślałam, że coś źle wpisałam - na każdym zdjęciu ten kolor wyglądał inaczej (sami sprawdźcie)! Zakochałam się jednak w jednej propozycji, do tego ślubnej (ach, żałuję, że to już za mną) i kupiłam. Kiedy pomalowałam, okazało się, że... nie ma efektu "wow"! Być może przez to, że zastąpiłam nim moje ulubione czerwone paznokcie, ale nie chciałam drugi raz pod rząd tego samego koloru. Gdybym wtedy pisała ten post, zapewne inny przekaz byście tu czytali. Po tygodniu jednak zakochałam się w nim i wczoraj nałożyłam go drugi raz pod rząd, co jeszcze mi się nie zdarzyło z żadnym lakierem ;-). Stąd też dzisiejszy post ze śmiałym poleceniem Wam koloru 042 Neon Raspberry.


Kolor jest cudowny w naturalnym świetle (taki, jak na powyższych zdjęciach), w sztucznym świetle wpada w pomarańcz (zdjęcia poniżej), którego nienawidzę, a w ultrafiolecie jest takim neonem, że oślepia. Powtórzę się po raz kolejny - oto następny Semilac kameleon. Trudno go nawet dobrze uchwycić aparatem, dopiero telefonem udało mi się, dlatego przepraszam za jakość zdjęć , ale dzięki temu mogę pokazać, jak wygląda w stu procentach.


PS Jeśli myślicie, że mój mały paznokieć w końcu dogonił resztę (dla niewtajemniczonych dodam, że mam problem z małym paznokciem, który łamie mi się za każdym razem, jak tylko minimalnie odrośnie), to nie łudźcie się - wczoraj spektakularnie złamał się i nie wytrzymałam, w ruch musiał pójść żel ;-)

PS2 Hybrydę stosuję od 1,5 miesiąca i powiem Wam, że NIGDY nie miałam takich paznokci! Dla porównania:


Miłego dnia! ;-)

Poprzednie kolory:
http://kasia-skalska.blogspot.com/2016/01/paznokcie-semilac-083-burgundy-wine.html

http://kasia-skalska.blogspot.com/2016/01/paznokcie-semilac-032-biscuit_28.html

http://kasia-skalska.blogspot.com/2016/02/paznokcie-semilac-027-intense-red-czyli_7.html

wtorek, 23 lutego 2016

Mój powrót do formy sprzed ciąży, czyli co jadłam, co świczyłam, ile przytyłam i ile schudłam.


Na wstępie dzisiejszego wpisu chcę zaznaczyć, że nie jestem trenerem, siłownię omijam szerokim łukiem (choć cały czas obiecuję sobie, że to zmienię), korzystam z porad dwóch trenerów personalnych, z którymi mieszkam pod jednym dachem, ale i tak zawsze kończy się na "moich cudownych dietach i ćwiczeniach", od nich chłonę teorię, praktykę odwalam swoją. Wielokrotnie pytaliście mnie, co zrobiłam, że po ciąży wyglądam, jak wyglądam, dlatego dziś odsłonię przed Wami cały swój sekret ;-)


Przed ciążą moja waga wahała się zawsze miedzy 55 - 65 kilogramów (bez najmniejszego problemu umiałam zacisnąć pasa i schudnąć do 55kg, bez równie najmniejszego problemu umiałam szybko je nadrobić do 65kg). Wynikało to zapewne z setek diet, które obiecywały mi cuda, którymi się zachwycałam, radykalnie chudłam i potem super tyłam. Kiedy zaszłam w ciążę ważyłam 59 kilogramów, czyli byłam w środku mojej normy.


Odkopałam książeczkę ciążową, żeby podać Wam tu konkretne liczby i pierwszy wpis mam w 10 tygodniu, kiedy ważyłam 62 kilogramy. Sprawa z początkiem ciąży u mnie wyglądała tak, że pierwszy trymestr był fatalny (rzygałam jak kot, nie przyswajałam nawet wody, potrafiłam leżeć w łóżku cały dzień, mdliło mnie na wszystko - od widoku samej lodówki, na paście do zębów kończąc), był fatalny do tego stopnia, że w 2 miesiącu byłam już na zwolnieniu lekarskim, bo nie nadawałam się do jakiejkolwiek pracy. Co do wyglądu, to przez te pierwsze miesiące bardzo chudłam, bo patrząc na 10 tydzień, waga 62 kg nie jest szczególnie wysoka (aaa! potrafiłam być grubsza niż w 3 miesiącu ciąży, bez ciąży!).


Potem, kiedy weszłam w drugi trymestr, wszystkie mdłości, jak ręką odjął! Ba! Zaczęłam nadrabiać stracony czas i smaki. Książeczka jasno wskazuje, że moja waga na kolejnych badaniach wskazywała co raz to zawrotniejsze liczby: 63, 65, 66, 69, 71, 73 kg.


Na porodówkę trafiłam z wagą 75 kg, czyli w ciąży przytyłam 16 kg. Być może nie uwierzycie, bo powiecie, że na moich ciążowych zdjęciach w sukience i szpilkach zmienia się tylko brzuch, ale uwierzcie, zdjęcia zdjęciami, brzuch nie ważył 16kg. Przy wzroście 165cm, byłam trochę kobieta - rakieta, choć wtedy wcale tego nie widziałam (z perspektywy czasu uważam, że to dobrze, bo pewnie bym zabrała się za jakieś nie do końca zdrowe ćwiczenia). Pan Bóg naprawdę dobre geny mi załatwił, bo trzeciego dnia po porodzie, przy wypisywaniu, miałam już cały brzuch ściągnięty do rozmiaru sprzed ciąży. Moim głównym (przerażającym mnie wtedy) problemem było to, że nie mogłam zapiąć się w żadne spodnie - takie uroki naturalnego porodu i rozszerzenia kości miednicy ;-) Myślałam, że tak już zostanie, nawet pogodziłam się z tym i kupiłam nowe spodnie (bo rozszerzenie to miałam naprawdę kilka miesięcy), jednak i to wróciło do normy sprzed ciąży.


6 tygodni po porodzie stwierdziłam, że zacznę coś ćwiczyć w domu. Trafiłam na Mel B, którą wcześniej znałam tylko z Spice Girls ;-) Ta mega pozytywna babka sprawiła, że uzależniłam się od jej 10 minutowych treningów! Właśnie czegoś takiego potrzebowałam - nie byłam w stanie poświęcić godziny na skalpel, czy inne polecane cuda, bo Zośka spała po 20 minut w których musiałam zrobić wszystko w domu plus mój trening. 


Zaczęłam od dwóch treningów dziennie, bez sztywnego harmonogramu. Kiedy w jeden dzień robiłam nogi + pośladki, drugiego brzuch + abs, kiedy trzeciego dnia wypadło mi niezapowiedziane wyjście ze znajomymi (wtedy jeszcze nic nie umiałam planować) wtedy trening w ten dzień odpadał, a następnego dnia dodawałam do dwóch treningów z Mel B wariacką tabatę, która mnie rozgrzeszała. Starałam się ćwiczyć 4 dni, po czym robiłam dzień przerwy, jednak jak wyżej napisałam, różnie z tym było. 

Muszę wspomnieć o jednej, podstawowej rzeczy, która moim zdaniem była najważniejsza w pierwszych miesiącach po porodzie, a mianowicie o spacerach z wózkiem. Zocha urodziła się pod koniec grudnia, 3 tygodnie później pokazałam jej zakopiańską zimę (a zima jeszcze wtedy była, w przeciwieństwie do obecnej ;-)). Wytyczyłam sobie 9 kilometrową trasę po Zakopanem i pokonywałam ją codziennie (zajmowało mi to od 1,5 - 2 godzin). Dotleniałyśmy się, ja się ruszałam, a Zocha hartowała, być może dzięki temu do dzisiaj nie była jeszcze konkretnie chora (odpukać!).


Co jadłam? We wszystkich dietach i ćwiczeniach gubi mnie to, że ja KOCHAM JEŚĆ ;-) Widzieliście, żeby kiedyś na moim Instagramie pojawiła się jakaś sałatka, przekąska, albo inne lekkie danie? Prawdziwie serwuję Wam to, co jem, dlatego królują tam pieczone karczki, schabowe, pieczone ziemniaki, bekony i tatary (no i od samego pisania już jestem głodna). Ja po prostu jem i ćwiczę dla rozgrzeszenia, potem znów jem i znów ćwiczę i tak w koło ;-)

Mój przykładowy tydzień z Mel B:
Poniedziałek: nogi + pośladki
Wtorek: ABS + brzuch
Środa: ramiona + nogi + tabata
Czawartek: pośladki +  ABS + tabata
Piątek: WOLNE!
Sobota: tabata x2
Niedziela: nogi + pośladki

... i tak w kółeczko ;-)

Wszystkie potrzebne mi filmiki zamieszczam poniżej:








Oczywiście Mel B ma jeszcze kilka innych treningów, jednak te stały się moimi ulubionymi i ćwiczę tylko te. Oglądnijcie też pozostałe, być może akurat w innych się zakochacie ;-)

Teraz, 14 miesięcy po porodzie, ważę 55 kilogramów przy wzroście 165cm, jednak znów potrafię chudnąć i tyć, ale działa to tym razem na poziomie 51 - 55 kg. Jestem już typowym rozmiarem S, nie jak wcześniej S/M. Staram się dalej ćwiczyć z Mel B i tabatą co najmniej 3 razy w tygodniu, jem dalej to, na co mam ochotę i mam ostatnio ambitny plan wykupienia sobie karnetu na siłownię (uważam, że jak już go kupię, to będę musiała chodzić), tylko zastanawiam się, gdzie tę siłownię jeszcze wcisnę w swój grafik ;-)


Oto cała historia i ten sekret, o który nie raz pytaliście. Osobiście uważam, że jeśli ktoś nie choruje przewlekle, nie ma powikłań poporodowych, to WSZYSTKO SIĘ DA! WYSTARCZY CHCIEĆ ;-)

Zapraszam na Instagram, gdzie bywam częściej (klik w zdjęcie):

www.instagram.com/kasia.gasienicowa

czwartek, 18 lutego 2016

MY HOME: Ściana ze zdjęciami (DIY).


Zacznę od zażalenia ;-) Czy wiecie, ile kosztuje wywołanie zdjęcia u fotografa? Nie wywoływałam zdjęć od dobrych 6/7 lat (no bo tak, mam wszystko na komputerze, i wiem, że wszystko jednym ruchem mogę stracić), ostatnio w ciemno zaniosłam 100 zdjęć Zośki do wywołania, a kiedy usłyszałam cenę 130 zł przy odbiorze, myślałam, że osiwieję! Nie wiem dlaczego wydawało mi się, że wywołanie kosztuje około 20 groszy za sztukę, nie wiem skąd mi się to w głowie wzięło, ale jako odrodzona maniaczka zdjęć "tradycyjnych" uznałam, że to trochę przegięcie.


Potem przyszedł czas na remonty w domu, kiedy to postanowiłam, że na szarej ścianie będzie mnóstwo zdjęć w ramkach. Omijając szerokim łukiem salony fotograficzne, postanowiłam popytać i pogrzebać w temacie i okazało się, że wcale nie trzeba wydawać fortuny, żeby taką ścianę zrobić! Z pomocą przychodzą takie strony jak Foto4U, gdzie przesyłam pliki, wybieram rodzaje i rozmiary zdjęć, a na końcu zdjęcia przywozi mi kurier do samego domu - dla mnie, zabieganej matki polki jest to wyjście idealne. No i ceny, sami sobie porównajcie - Foto4U cennik.


Ramki, ramki, ramki. Dziękuję, że podpowiedzieliście mi Jysk, bo choć mam kawałek do najbliższego punktu, to kilka fajnych ramek już wyniosłam. Cieszę się, że otworzyli Pepco w Zakopanem, bo wybór też jest fajny. Oczywiście moja niezawodna Ikea jest na końcu listy, ale ostatni zawsze u mnie pierwsi ;-) Zaczynam mieć problem z tym, że ostatnio spotykam za dużo cytatów w ramkach i mam już sporą kolekcję (większość wrzucam na Instagram i zapewne już widzieliście), ale nie da się ich powiesić więcej niż dwa na jednej ścianie, bo odwraca to uwagę od zdjęć. Czekam na nowe zdjęcia, żeby wypełniły mi całą ścianę, końcowy efekt pokażę, jak wszystko zawiśnie na swoim miejscu. Miłego dnia!

poniedziałek, 15 lutego 2016

WŁOSY: Moje odświeżone ombre/sombre na sezon wiosna 2016!


Dwa posty temu wylałam z siebie wszystko na temat koloryzacji sombre/ombre i mojej miłości do takich włosów, dlatego nie będę dziś rozpisywać się ponownie na ten sam temat, a zostawię Was z kilkoma zdjęciami moich świeżych włosów. Fryzjer ten sam od dwóch lat, zawsze ratuje mnie z moich spontanicznych koloryzacji, które nie zawsze są równie dobre, co spontaniczne, tym razem też mu się udało! Na prostych mam ombre (patrz na zdjęcia), po skręceniu sombre (pokażę, jak skręcę) - wiosno, możesz nadchodzić ;-)

piątek, 12 lutego 2016

DIY: Ozdobny stanik z paseczkami.


Uwaga, bo teraz sama będę pogrążać się w Waszych oczach ;-) Od jakiegoś czasu, wśród trendów bieliźnianych króluje pewien typ niecodziennych staników, no może codziennych, ale niebanalnych, ciekawych, ładnych, dla mnie cudownych. Postanowiłam taki stanik nabyć do swojej kolekcji, najpierw jeden, żeby zobaczyć, czy to rzeczywiście będzie taki cud na mnie, jak na tych wszystkich modelkach z ładnymi cyckami, i kiedy chciałam przerzucać cały Internet okazało się, że... nawet nie wiem, jak takie staniki się nazywają ;-) 

 
Nie będę pogrążać się jeszcze bardziej, podając Wam tu hasła, jakie wpisywałam, powiem tylko, że z pomocą przyszła mi moja siostra, która przez ostatnie dwa tygodnie jest w szale sesji na studiach i, jak to zwykle bywa, robi wszystko, a dopiero na końcu uczy ;-) Podesłała mi kilka linków (niestety przez ceny nagle te staniki przestały mi się podobać, jeden znalazłam w H&M, ale jest bez szału) i kończąc rozmowę napisała, że ona sama zrobiłaby sobie taki stanik. No i tu, w tym momencie, zapaliła się nade mną żarówka - gdzie podziała się moja kreatywność w DIY? Chyba naprawdę muszę dostać jakiegoś kopa w przysłowiowe cztery litery, żeby ocknąć się z amoku, w który ostatnio wpadłam, dlatego jak postanowiłam, tak zrobiłam - ozdobny stanik a'la Skalska stał się moją nową faworytką! Ale od początku.


Do wykonania stanika potrzebuję:
- stanik, eureka! :-)
- ozdobne tasiemki (dostępne w każdej pasmanterii, ja użyłam odpinanych szelek od innego stanika, takich szelek, nieużywanych, mam dziesiątki w szafie, w końcu na coś się przydały)
- igła, nitka i nożyczki.



Myślę, że opis wykonania jest zbędny - tasiemki przyszyłam najpierw między biustem, potem założyłam stanik na siebie i na sobie dopasowałam odpowiednie odległości. Nie róbcie tego na płasko, bo potem, po założeniu, tasiemki mogą być za ciasne, lub za luźne i przeszywając na chybił - trafił stracicie mnóstwo czasu i nerwów.


No i koniec - stanik faworytek jest naprawdę efektowny zarówno pod sportowym bezrękawnikiem, jak i eleganckim swetrem, czy żakietem. Dodatkowo w pasmanteriach dostaniecie koronkowe tasiemki, które również możecie użyć. Jak widać, fajny stanik można zrobić za darmo w 10 minut w domu, a inni niech zachodzą w głowę, jak te staniki się nazywają i gdzie je można dostać ;-P

PS Z ostatnim zdaniem żartowałam - jeśli ktoś wie, jak profesjonalnie te staniki się nazywają, doedukujcie mnie dziś i napiszcie mi w komentarzu. Miłego dnia!

środa, 10 lutego 2016

WŁOSY: Ombre vs. Sombre, czyli włosy cieniowane kolorem - koloryzacja dla każdego.

 
Znacie ten ból, kiedy siedzicie u fryzjera z otwartą przed sobą paletą kolorów farb i kompletnie nie wiecie, co tym razem wybrać? Albo, kiedy stoicie w drogerii przed regałem z farbami i macie mętlik w głowie? Albo, kiedy przychodzi kolejny miesiąc, czas na kolejne odświeżenie koloru, i chcecie coś zmienić, ale nie wiecie, w którą stronę uderzyć? Albo, kiedy chcecie coś zmienić w swoich włosach, chcecie "petardy", ale boicie się dużych zmian? Jeśli kiedykolwiek dopadły Was takie dylematy, to mam coś idealnego dla Was! A mianowicie, koloryzację ombre / sombre, bo to jedyna koloryzacja, która pasuje KAŻDEJ kobiecie! Nie wierzycie? W dziesiątkach maili, które z Wami wymieniłam, odnośnie analizy kolorystycznej, nie raz doradzałam Wam właśnie taką koloryzację. W dzisiejszym poście postaram się przekonać całą resztę ;-) Ombre / sombre to cieniowanie kolorem - zawsze rozświetli i odmłodzi skórę twarzy, muśnie słońcem Wasze włosy i odświeży, odmłodzi wygląd!


Koloryzację ombre / sombre dzielimy, jak każdą koloryzację, na typ ciepły i zimny, w zależności od typu urody. Ja bardzo długo walczyłam, bo chciałam być typem zimnym (tak, postanowiłam i chciałam oszukać naturę), a uwierzcie, nic dobrego z takiej walki nie wyjdzie - malowanie włosów zimnymi odcieniami przy ciepłym odcieniu skóry wygląda groteskowo, skóra wygląda na zmęczoną, a złoty błysk zawsze przebije się przez najzimniejszą farbę. Udało mi się trafić na dobrego fryzjera, który przekonał mnie do tego i od tamtej pory, kiedy przestałam walczyć z miodowymi przebłyskami, jestem bardzo zadowolona ze swoich, "ciepłych" włosów. Dla ciekawostki powiem Wam, że moja siostra jest moim przeciwieństwem - urodowy, typowy typ zimny, cudownie wygląda w popielatych odcieniach, dlatego nie patrzcie na to, jakim typem jest mama/ siostra / babcia, bo to nie idzie w genach, jak widać ;-) Na przestrzeni kilku dobrych lat testowałam już wszystko ("Moja metamorfoza włosów przez ostatnie 5 lat."), jednak w koloryzacji ombre/sombre czuję się najlepiej i cokolwiek nowego wykombinuję, zawsze do niej wracam. Ostatnie takie włosy miałam rok temu (zdjęcie poniżej).


(a jeszcze niżej też ja, miałam 6 lat mniej niż teraz i chyba z 15 kilo więcej ;-))


 Ale wróćmy do sedna wpisu, najpierw chciałabym wyjaśnić Wam, jaka jest różnica między ombre, a sombre:
Ombre jest to surowe, choć płynne przejście od ciemnego koloru przy nasadzie włosów, po jasne końce, dokładnie można oddzielić ciemną od jasnej części fryzury. 
Sombre to delikatniejsza wersja ombre, z użyciem malowanych grubych pasm i cienkich pasemek, przez co nie ma ciemnej i jasnej części włosów. Żeby efekt był naturalny, pasemka sombre powinny zaczynać się już około 5 cm od skóry głowy (czasami nawet od samej nasady), dla porównania, w ombre rozjaśnienie zaczynało się dużo dalej. W sombre również można rozjaśniać pasma przy twarzy, co bardzo fajnie ożywia cerę.

 Ombre vs. Sombre:


Zasady zabawy:
1. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, które ostatnio przeczytałam, że ombre / sombre jest koloryzacją dla włosów długich - widziałam, a nawet robiłam takie koloryzacje na włosach krótkich i przy odpowiednim doborze kontrastu, włosy mogą wyglądać wspaniale.
2. Kolejnym mitem jest, że włosy ombre / sombre wymagają wiele więcej pielęgnacji od innych koloryzacji - bzdura! Oczywiście są to włosy rozjaśnione, farba wpłynęła na strukturę włosów, jednak trzeba zaopatrzyć się w fajną maskę (jak przy innych koloryzacjach) i wystarczy pielęgnacja, jak przy każdym farbowaniu. Poza tym, są to takie koloryzacje, które nie wymagają odświeżania stricte co miesiąc, naturalnie odrastają i (jeśli ktoś nie musi maskować siwych włosów u nasady) można je odświeżać je nawet do 2-3 miesiące.
3. Należy wybrać dobre kolory, zachować umiar, nie szaleć - wystarczą maksymalnie 3 tony, żeby efekt był widoczny i nie popsuł zamierzonego planu.
4. Jeśli przed zrobieniem ombre / sombre w domu, w waszej głowie kiełkuje jakikolwiek, najmniejszy strach, odpuśćcie sobie i idźcie do fryzjera, który na samo hasło ombre / sombre będzie wiedział, co robić. Unikniecie plam, zacieków, a nie daj Boże chamskiego "odcięcia" ciemnej części od jasnej, włosów jakby zanurzonych w wiaderku z wybielaczem. To jest paskudztwo, be, fuj i najgorsze, że trudno z tego później wybrnąć. A na pewno nie chcecie, żeby fryzjer płakał, jak będzie poprawiał ;-) No i musicie wiedzieć, że ombre / sombre NIE ROBI SIĘ SAMYM ROZJAŚNIACZEM! Kilka razy spotkałam się z dziewczynami, "którym nie wyszło, a miało wyjść tym rozjaśniaczem". Aby stworzyć fajny kolor można użyć nawet do 10 różnych farb, o których klient nie ma pojęcia. Dlatego czasami lepiej uzbierać kilka groszy więcej i udać się jednak do specjalisty.
5. Ombre / sombre najlepiej wygląda na włosach cieniowanych - i tak, i nie. Jeśli ktoś ma czas na podkręcanie włosów, skręcanie ich lokówką / prostownicą, bądź ma naturalnie kręcone włosy, to takie cieniowane loki wyglądają naprawdę imponująco i zgadzam się, wtedy lepiej jest cieniować. Jeśli ktoś natomiast ma włosy proste jak druty, bądź prostuje prostownicą, albo jak ja, ma miliardy grubych, niesfornych włosów, to ja bym nie cieniowała - przy prostych włosach polecam półokrągłe cięcie (na zaczesanych do tyłu włosach łuk w kształcie uśmiechniętej buzi, tak wiem, cudowne porównanie, ale pierwsze, jakie przyszło mi na myśl).

Ombre / Sombre typ ciepły:
przejście od ciepłych brązów, kasztanów, mlecznych czekolad, orzechów, kolorów mokka, intensywnych brązów, do miodowych blondów, słonecznych, słomkowych odcieni.


Ombre / Sombre typ zimny:
przejście od zimnych brązów, czerni, gorzkiej czekolady, do zimnych blondów, siwych, popielatych, gołębich odcieni, po nawet samą platynę.


Chciałabym być blondynką, ale byłam i wtedy musiałam się dużo więcej malować, bo blond wyciągał wszystkie mankamenty mojej skóry. Chciałabym być brunetką, ale byłam i jednolity brąz był dla mnie nudny - lubię, jak coś się dzieje na mojej głowie. Koloryzacja ombre / sombre sprawia, że jestem 2w1, i czuję się super ;-) W piątek idę do fryzjera, znów postawię na cieniowanie kolorem, zapewne w kolejnych postach zobaczycie moje nowe, rozjaśnione włosie, przygotowane na nadchodzący, wiosenny sezon ;-)

Miłego dnia!