środa, 22 czerwca 2016

Instagram MIX - czerwiec 2016!


 WŁOSY: Kto śledzi Instagram ten już wie, że po sześciu dobrych latach ścięłam włosy na long boba. I jestem baaardzo zadowolona z nowej fryzury, bo sto razy szybciej się ją myje, suszy i modeluje, waży z dziesięć kilo mniej niż poprzedni lew i w końcu wyglądam, jak człowiek ;-) Więcej o metamorfozie i salonie, który takie cuda wyczynia możecie przeczytać tu: LINK.


CIĄŻA: W tym miesiącu Doktorek powiedział mi w sekrecie, że tym razem będzie SYN! Wojna w domu o to, czy będzie Klemens, Józef, Stanisław czy Tadeusz, trwa, więc na razie nawet nie zadawajcie drażliwego pytania ;-)

Swoją drogą, choć mam piękną fryzurę, to wewnątrz dalej czuję się jak wrak człowieka (w ciąży z Zośką wszystkie mdłości przeszły mi w 14 tygodniu, tu końca nie widać). Od samego początku nie mogę patrzeć, ani nawet myśleć o mięsie. Podniosłam się trochę na duchu, kiedy właśnie na Instagramie dostałam mnóstwo komentarzy, że nie jestem w tym sama, jednak dla mnie, rasowego mięsożercy, jajka i ziemniaki na obiad to istna kpina. Powoli coś tam się we mnie przełamuje (mogę już zjeść rosół ugotowany na kurzym udku, bez rzygania, co jest wyczynem roku!), jednak czuję się jak małe dziecko, któremu rozszerza się dietę jednym produktem na tydzień, totalna masakra. Znowu zaczynam jojczyć, więc dodam tylko, że w tej ciąży zachcianka numer jeden to mizeria i coca cola, hej.


Co u mojej pierworodnej? Pierworodny Pierun odkrył w sobie talent do malowania mazakami po wszystkim, co jest białe (od ścian zaczynając, na doniczkach z kwiatami kończąc). Babcia pedagog kazała kupić mazaki, matka nie zastanawiając się ani chwili kupiła dwa komplety (o ja durna) i biada, że przed zamążpójściem i dziećmi zapragnęłam stylu skandynawskiego w domu oraz domu otwartego, bez drzwi, no to teraz mam - styl skandynawski w aztecko - podhalańskie wzory i drzwi zamówione w Castoramie. Tak to się zmienia po ślubie i dzieciach, drodzy Państwo! ;-)


 A tak w wielkim skrócie, to trochę się bawi na jakichś baletach, trochę ćwiczy crossfit w sukienkach, szykuje się do wymiany plastikowego psa na żywego, "pomaga" we wszystkim, a jak kiedyś zaleje albo podpali nam chałupę, to w ogóle mnie to nie zdziwi. Wujek nauczył ją zmieniać biegi w samochodzie - LINK, więc w tym miesiącu nic nie jest w stanie mnie już zaskoczyć.

A na ostatnim zdjęciu z Tatą, bo jutro Dzień Ojca (przypominam!), a takiego fajnego Taty, jak Zocha, to nie ma nikt ;-)


A na koniec czerwcowe pastelove, czyli Semilac 003 sweet pink + 032 biscuit, bo pomalowałam ponad tydzień temu... a zapomniałam zrobić zdjęć do posta. W tym miesiącu moje mani musi wystarczyć na poniższych miniaturach, a kto chce poczytać, zapraszam na Intagram (link na końcu wpisu).


INSTAGRAM:

https://www.instagram.com/kasia.gasienicowa/

niedziela, 12 czerwca 2016

Włosy: Metamorfoza - long bob, ombre, i truskawkowy blond!


 To będzie post pełen zachwytu nad moimi nowymi włosami i Salonem, który taką dziunię ze mnie wydobył, ale inaczej nie potrafię - od kilku dni oswajam się z metamorfozą, której sama bym sobie nie wymyśliła. Ale od początku ;-)


Całe życie walczę ze stereotypem, że kobiety po ślubie, a po urodzeniu dziecka to już w ogóle obowiązkowo, ścinają włosy na krótko, "żeby było wygodnie". Niestety wybierają strzyżenia "babcine", niemodne, totalnie nie z tej epoki i znam mnóstwo takich kobiet, które mogłyby wyglądać, jak petardy, a wyglądają... słabo. Jak wiecie, po urodzeniu dziecka miałam włosy do pasa, bo lubiłam je, ale nie ścinałam ich (prócz minimalnych końcówek) od dobrych sześciu lat, więc możecie sobie wyobrazić, w jakiej kondycji były - po kilkunastu dekoloryzacjach, kilkudziesięciu radykalnych zmianach koloru, setkach eksperymentów, które miały zdziałać cuda. Doszło do tego, że nie mogłam normalnie umyć włosów - uwierzcie, jestem fryzjerem i wiem, jak umyć włosy, ale z tymi nie mogłam sobie już poradzić: przy rozczesywaniu nie pomagały ŻADNE odżywki, a po wysuszeniu wyglądałam, jak lew i niczym nie dało się tego ujarzmić. Skończyło się na tym, że nosiłam prawie cały czas "cebulę" na czubku głowy, która owszem, jest mega wygodną fryzurą, ale nie oszukujmy się, estetycznie słabą. Postanowiłam oddać się w ręce kogoś, kto zamknie mi oczy i odmieni tak, że będzie i wygodnie i pięknie. No i fajnie, ale znajdź kogoś takiego! ;-)
Od kilku lat jestem wierna mojej koleżance, z którą chodziłam do szkoły i która jest fryzjerem, ale mieszka na Podkarpaciu, a ja co raz mniej tam wyjeżdżam, dlatego postanowiłam ścisnąć dupsko i zasięgnąć tematu o podhalańskich fryzjerach. Dobrego kopniaka dostałam też od czytelników mojego bloga, którzy tak często, jak pytają o określanie typu kolorystycznego, czy fajnego i niedrogiego noclegu w Zakopanem, tak trzecim tematem jest właśnie fryzjer i kosmetyczka, no bo wesele w górach, ślub, czy sesja zdjęciowa zobowiązuje. Niestety popytałam i mogłabym napisać książkę o tym, co usłyszałam od ludzi mieszkających tu na temat tutejszych fryzjerów! Marne pozytywy nie przekonały mnie do zaryzykowania z moimi włosami, prawie się poddałam, jednak jak najciemniej pod latarnią, tak z pomocą przyszła mi przyjaciółka, podając magiczny adres na Oswalda Balzera. No i stało się - naściągałam miliony zdjęć pięknych kobiet na telefon, żeby pokazać w Salonie, co chcę (tak zaufałam na starcie fryzjerowi), kobiet od blondynek po rude, od takich z irokezem, po całkiem czarne... Porażka, po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam, czego ja właściwie chcę. Stanęło na czekoladowym long bobie ze słonecznym refleksem - tak, to miało być to ;-)

W salonie przywitano mnie 4-etapową regeneracją Joico, czyli lepiej zacząć się nie mogło!


Kiedy leżałam i się regenerowałam, nie mogłam dorzucić swoich pięciu groszy do tematu i nagle... zakochałam się w popielach! Namawiałam, chciałam i prawie płakałam, ale okazało się, że fryzjer ma już na mnie odpowiednią wizję i nie ma gadania. I właśnie kogoś takiego potrzebowałam! (Popiele następnym razem :P)


No i zaczęło się! A ku mojej uciesze, okazało się, że long bob nie jest złą opcją do mojego kształtu twarzy i struktury włosów, w przeciwieństwie do koloru, który sobie wybrałam.


I wiecie co? Zapomniałam, jak to jest mieć tak fajne włosy! Gdybym pamiętała, na pewno nie trzymałabym się tak kurczowo moich długich i trudnych. Osobiście jestem zachwycona nie tylko cięciem, ale też truskawkowym blondem, którego za chiny ludowe sama bym sobie nie wybrała ;-) (ja i róż na głowie?!)


Za moją metamorfozę i wyprowadzenie mnie w końcu na ludzi dziękuję Salonowi Bizarre w Zakopanem! A w szczególności Sylwii, która jest mega pozytywną i konkretną Babką, która (patrząc na mój beznadziejny przypadek) potrafi uratować każde włosy z opresji ;-)

A za zdjęcia dziękuję przyjaciółce Monie, która nie tylko premierowo zadebiutowała właśnie na blogu, co cierpliwie znosiła moje wieczne ględzenie na temat włosów. Mona, oto przestałam narzekać, promis ;-)


Salon Bizarre Zakopane, ulica Oswalda Balzera 21d
(w Hotelu Grand Nosalowy Dwór)

facebook -  Bizarre Zakopane

POLECAM!

piątek, 3 czerwca 2016

Kosmetyki: Kometyczni ulubieńcy miesiąca, do 30 złotych!

Dawno nie było tu żadnych moich kosmetyków, dlatego dziś, kiedy uzupełniłam kosmetyczkę i wszystko wygląda tak świeżo i ładnie, chcę pokazać Wam kilka moich perełek.


1. John Frieda Collection, spray termoochronny, chroniący przed wysokimi temperaturami, czyli idealny pod lokówkę czy prostownicę. I tu muszę powiedzieć, że kosmetyków tego typu przetestowałam dziesiątki, nigdy żadnym nie zachwyciłam się tak, żeby kupić go dwa razy pod rząd, a tym jestem zachwycona! Najgorsze jest to, że dostałam go ze Stanów, właśnie mi się kończy, a nigdzie nie mogę go spotkać - i tu prośba wielka, gdyby ktoś gdzieś się na niego natknął, dajcie znać, pokonam setki kilometrów, żeby go dostać, bo uważam, że naprawdę warto.

2.  Biały Jeleń, żel pod prysznic nawilżające kozie mleko - kozie mleko drugi raz w tym poście, chyba jest to mój ulubiony zapach w tej ciąży, bo naprawdę mogłabym się tym żelem i kremem nacierać bez przerwy ;-) Etykieta mówi, że nawilża, jest bez alergenów i sztucznych barwników, do skóry wrażliwej i skłonnej do alergii, dla mnie aktualnie numer 1 od trzech opakowań. Cena: ok 8 złotych.

 3. Ziaja, skoncentrowany krem nawilżający kozie mleko - ostatnio przetestowałam całą serię nawilżającą z oliwką, teraz chciałam spróbować czegoś innego i wybrałam kozie mleko, do skóry suchej, czyli idealny dla mnie. Lubię kremy w takich tubkach, ten wydaje mi się mega wydajny, fajnie nawilża skórę, nie pozostawiając tłustych filtrów, no i pachnie tak delikatnie, że zastrzeżeń nie mam. Cena: około 10 złotych.

4.  Maskara Lash Sensational Maybelline NY - od dawna nie miałam tuszu, który odwalałby tak dobrą robotę. Wystarczy jedna warstwa, a rzęsy są wydłużone, porozdzielane i osobiście nie wiedziałam, że mam takie długie rzęsy, dopóki nie pomalowałam ich właśnie tą maskarą. Co prawda druga warstwa lekko pogrubia, ale mi skleja rzęsy, przez co drugą warstwę maluję innym tuszem pogrubiającym i jest cacy. Polecam, cena: ostatnio widziałam w Rossmannie za 25 złotych, bardzo często jest na promocjach.

5. Maska do włosów z mlecznymi proteinami - jedyna słuszna wielkość maski do włosów dla mnie, fantastycznie wygładza włosy, jedyna maska, dzięki której nie mam problemów z rozczesaniem włosów po myciu (a uwierzcie, że mam z tym problemy), a pachnie tak, że można zemdleć z zachwytu ;-) Cena: oo 10-15 złotych.

Stosowałyście kiedyś powyższe kosmetyki? Byłyście/jesteście zadowolone? Macie coś podobnego, godnego polecenia dla mnie? Walcie śmiało w komentarzach, jeśli znacie fajne blogi kosmetyczne też mi podeślijcie adresy, chętnie poczytam i może w czymś innym też się zakocham ;-) Miłego dnia!