wtorek, 25 października 2016

DZIECKO: Moja druga wyprawka do porodu, czyli przeżyjmy to jeszcze raz.

 I oto nastał 34 tydzień ciąży. Pamiętam, jak w 20 miałam już wszystkiego dość, jak niemiłosiernie dłużył mi się czas, a teraz nagle doznałam takiego przyspieszenia, że głowa mała. Powoli zaczyna do mnie docierać, co się dzieje (żeby tradycji stało się zadość, zapewne całkowicie dotrze do mnie dopiero na porodówce), powoli Doktorek każe mi przystopować z wszystkim, bo pojawiło się rozwarcie - co prawda słyszałam dokładnie to samo w pierwszej ciąży i urodziłam 10 dni po terminie, jednak tym razem rzeczywiście jest trochę inaczej: brzuch mam tak nisko, że czuję, jakbym normalnie go w kolanach miała, a dłuższe chodzenie sprawia mi taki ból, że pół dnia muszę siedzieć lub leżeć. Dla porównania, w ciąży z Zośką brzuch miałam do samego końca tak wysoko, że ciężko mi się oddychało, bo miałam wrażenie, że leży mi na płucach, a biegałam do samego końca, mogłabym przedstawić świadków, którzy widzieli, jak w knajpie na Krupówkach, prawie tydzień po terminie robiłam przysiady, żeby "coś złapało" i żebym nie spędziła świąt na patologii ciąży. Jeśli kogoś to interesuje i nie wie, to spędziłam święta na patoli, a Zośkę wykolędowałam dopiero w Szczepana - marzę o tym, żeby tym razem przeżyć adrenalinę paniki w domu, żeby mnie wszystko zaskoczyło w domu i żeby mnie Jędrek zaniósł do szpitala, jak w "Bridget Jones 3" ;-) No dobra, to trzecie już mi Jędrek wybił z głowy, ale na pewno nie chciałabym znów wylądować na patologii ciąży w szpitalu, całą resztę przyjmę w podniesionym czołem. Zapytacie pewnie, dlaczego więc rodzę drugi raz w grudniu i sama załatwiłam sobie niepewność związaną ze spędzeniem świąt w szpitalu? Sto razy powtarzałam Wam, że grudzień to mój ulubiony miesiąc, do tego, jak mawiają na mieście "no risk no fun", jednak tym razem zostawiłam sobie rezerwę w obliczeniach i niezależnie ile przedłużyłby mi się termin, święta spędzę w domu ;-) Tyle o tej końcówce ciąży, chyba to ostatni taki wywód, trzymajcie kciuki, byle do grudnia!


Wracając do tematu, szukając w necie magicznego i na czasie dla mnie hasła "torba do szpitala, porodu" trafiłam na... swojego bloga ;-) Naprawdę zapomniałam o tym, że prawie dwa lata temu podsumowałam to, co spakowałam na porodówkę, co okazało się niezbędne, a co mogłam od razu sobie odpuścić. I teraz, nie powiem, kilku rzeczy dalej nie miałam na liście, więc brawo ja za tamten wpis! Przeżyjmy to jeszcze raz: "Moja wyprawka do porodu, czyli co było mi zbędne oraz o czym kompletnie zapomniałam".


W tym roku, tym razem, jest zgrabnie, kompaktowo i prosto - czarna torba dla mnie, szara dla Staszka, żadnych zbędnych rzeczy (najwyżej Jędrek wykona sto kursów na trasie szpital - dom). 

Zaczynając od mojego niezbędnika dla dziecka po porodzie:
(i tu dalej zaznaczam, że są to moje osobiste odczucia po przeżyciu porodu w tym szpitalu, nikomu nic nie narzucam, opisywać będę to, co mi w sercu, głowie i na języku leży)


UBRANKA
Dalej namawiam do zorientowania się (w większości szpitali podobno nawet na stronach internetowych jest taka informacja), czy szpital wymaga wyprawki dla dziecka. Po tamtym wpisie dostałam kilka wiadomości, że "tak czy siak brać swoje", że "panie położne i tak nie pozwoliły ubierać w inne niż szpitalne", i powiem szczerze, że tego drugiego niestety, ale nie rozumiem - ja wiedziałam, że mój szpital zapewnia ubranka podczas pobytu na oddziale, jednak miałam swoją wyprawkę i nie rozumiem, co to znaczy, że "panie położne nie pozwoliłyby mi ubierać w inne niż szpitalne". Z doświadczenia powiem Wam, że po porodzie, kiedy zabrali mi Zośkę, a ja przechodziłam na oddział, Zośka czekała na mnie w tych szpitalnych, jednak była w nich dopóki nie doszłam do sali - z wielkim trudem, ale przebrałam ją w prywatne śpiochy (w ogóle nie ogarniałam takiej małej istoty, a co dopiero ubierać jej ręce, jak zapałki w jakieś równie mini śpiochy?!), ale miałam to szczęście, że panie na oddziale szybko załapały, że ze mną nie ma co się kłócić i na poranne badania zabierały mi ją w wózku ze swoimi ubrankami na zmianę - zła matka, złote kobiety! ;-)

Wracając do ubranek, w skład mojej wyprawki na 3 dni wchodzą:
- 2 x body z krótkim rękawem
- 4 x body z długim rękawem
- 6 x pajacyki/śpiochy z długim rękawem
- kilka par skarpetek
- kilka bawełnianych czapeczek

PAMPERSY:
20, dokładnie tyle wzięłam ostatnio, dokładnie tyle zużyłam ostatnio, dokładnie tyle samo biorę tym razem.

PIELUCHA TETROWA x2
Niezastąpiona - biorę dwie sztuki (ostatnio miałam więcej), ale na sali jest ich miliony do korzystania, świeżych i pachnących, będę brudzić szpitalne, resztę swoich, pięknych, zostawiam w domu.

PIELUCHA FLANELOWA x3
Lubię je do przykrywania i zakrywania, a 3 w zupełności wystarczą.

CIEPŁY KOCYK
Stanley dostał szaraka, prostego z Ikea, za chyba 8złotych, bardzo miękkiego i dość dużego. Z Zośką spałam na jednym łóżku i brakowało mi takiego ciepłego koca dla nas dwóch, bo kupiłam "cudowny, idealny dla księżniczki, taki, jaki kazali", metr na metr i mogłabym sobie nim stopy chyba przykryć. Teraz mamy taki, że dużo miejsca nie zajmuje, a przykryje nas oboje.

MAŚĆ NA ODPARZENIA
Dla mnie ulubiony Babydream - stosowałam go przez całe pieluchowanie/pampersowanie Zośki i nie mogę mu nic zarzucić, jedynie polecić dalej.

CHUSTECZKI NAWILŻANE
Jak już kiedyś napisałam, dobre do wszystkiego, podczas pobytu w szpitalu, począwszy od przewijania, przez odświeżanie, czy nawet przetarcie stolika przy łóżku. Kolejną reklamą niesponsorowaną niech będzie, że u mnie to są niezawodne Fitti z Biedronki - dobra jakość, dobra cena, drugie dziecko będę na nich wychowywać, bo nie mam im niczego do zarzucenia.

SMOCZEK
i tyle! 

(co jeszcze ciekawego i totalnie niepraktycznego można zabrać na porodówkę, na moim przykładzie, przeczytać możecie w poście sprzed prawie dwóch lat, link na górze dzisiejszego wpisu)


Z wyprawką dla dziecka było łatwo, przejdźmy do wybrednej matki ;-)


Zaczynając od drażliwego dla mnie tematu, KOSZULA NOCNA DLA MATEK KARMIĄCYCH ;-) W ogóle termin "koszula nocna" nie istnieje i nigdy nie będzie istniał w moim słowniku! Dalej śpię w w koszulce na ramiączkach i męskich bokserkach, dalej czasami coś mi do głowy strzeli i mam kilka jakiś koronek, ale też dalej nie mam i nie będę miała koszuli nocnej ;-) Oczywiście ciekawostką niech będzie to, że idę na drugi poród w tej samej koszuli, którą wtedy zakupiłam i jak napisałam, zachowałam ją na drugi poród - tym razem jednak nie wróci już ze mną do domu na bank.


BAWEŁNIANA BLUZKA Z DŁUGIM RĘKAWEM I ROZPIĘCIEM NA DEKOLCIE x2
Bo jestem zmarźluchem, bo tak też da się wygodnie karmić.

LEGGINSY
Mój porodówkowy standard, ale po prostu jest mi tak wygodnie i już.

STANIK
Tym razem żadnych dla karmiących u mnie nie będzie, i ja wiem, że przeciwników tego znajdzie się więcej niż zwolenników, ale u mnie staniki dla karmiących nie sprawdziły się zupełnie, dlatego tym razem zaopatrzyłam się w 3 staniki w odpowiednim rozmiarze, dla wygody, rozpinane z przodu. 

BOKSERKI
 Żadne majtki, cuda poporodowe, zwykłe, bawełniane bokserki.

SKARPETKI

BUTY
Jak już pewnie doczytaliście, klapek też nie uznaję, w tym roku nie będę ryzykować z trampkami na oddziale, więc zakupiłam fajne, wsuwane buty - koty, testuję od tygodnia i żyję ;-)

PODKŁADY POPORODOWE

WKŁADKI LAKTACYJNE

RĘCZNIK x2

KOSMETYCZKA
Z codziennymi kosmetykami.

SZCZOTECZKA I PASTA DO ZĘBÓW

 ŻEL DO MYCIA
Ostatnio wzięłam płyn do higieny intymnej, którym myłam się od stóp do głów i tym razem też tak robię.

BALSAM DO CIAŁA
Wersja mini, bo ostatnio po porodzie wyglądałam jak wąż, dlatego jeśli sytuacja się powtórzy, to raz będę musiała się posmarować, żeby nie zwariować.

 BALSAM NAWILŻAJĄCY I MAŚĆ NA BRODAWKI
U mnie ostatnio był EOS i maść z Ziai, jednak tym razem biorę uniwersalny balsam łagodzący, który idealnie nada się do tych dwóch powyższych.



PAPIER TOALETOWY
Którego nigdy nie ma za dużo w szpitalu.

PODUSZKA
Brakowało mi ostatnio takiej poduszki, jaką biorę teraz - grunt to się dobrze wyspać, pamiętajcie!

TELEFON I ŁADOWARKA

i najważniejsze zostawiłam na koniec:
DOWÓD OSOBISTY I KARTA CIĄŻY!
Ja ostatnio oczywiście zapomniałam ;-)


 I to by było na tyle - dzięki mojej dłubaninie w dzisiejszym poście utwierdziłam się tylko, że zabrałam wszystko, co jest mi niezbędne, co przyznam szczerze, daje mi jakieś poczucie chwilowego spokoju. Mam nadzieję, że komuś kiedyś może przyda się moja niestandardowa wyprawka do szpitala ;-)

A Wy, Babeczki? Zabrałyście coś mega niepraktycznego na porodówkę? Albo w drugą stronę, zapomniałyście o czymś bardzo ważnym? Jak już wspomniałam na wstępie, dużo ostatnio siedzę, więc chętnie poczytam i zrelaksuję się przy Waszych komentarzach ;-) Miłego dnia!

czwartek, 20 października 2016

Spidi - nowy członek rodziny, czyli pierwszy żywy zwierz Zochy.


Nie będę się tu rozpisywać, jaka to była przemyślana decyzja, ile testów uczuleniowych zrobiliśmy, albo jak długo wybieraliśmy pierwszego, żywego zwierza dla Zochy, bo prawda była taka, że sto lat temu miałam chomika, fajną klatkę, którą moja Mama postanowiła teraz z hukiem wyrzucić, więc nasze dylematy nad "zwierzem dla Zochy w przyszłości" zostały rozwiane w dwa dni - pierwszego dnia Mama przywiozła do nas klatkę, drugiego przynieśliśmy do domu zwierza.


Co prawda ja chciałam (i dalej chcę) kota, ale w rachubę wchodzi kot, który chodzi też dużo po polu, co u nas, w środku miasta, trochę słabo widzę. Do psa muszę jeszcze dorosnąć, posiadanie pierwszego psa (i dwójki małych dzieci) uważam za dość odpowiedzialną rolę, ale myślę, że do dwóch lat i tak jakiś do nas się wprowadzi. Rybek nienawidzę, bo nie lubię zwierząt, których nie można dotknąć. Z doświadczenia wiem, że świnki morskie strasznie dużo sikają, myszy są fajne, ale dla dorosłych lub starszych dzieci, a z chomikami nie miałam żadnych dziwnych przygód, więc pomimo sprzeciwu wszystkich dookoła, postanowiłam, że w klatce zamieszka chomik. I jak już wyżej wspomniałam, w sklepie zoologicznym spędziliśmy 15 minut i wyszliśmy ze Spidim - szarym chomikiem, którym Zocha jest zachwycona! 


I na razie żyje sobie Spidi w swojej klatce, nie przeszkadza nikomu, Zocha jest w swoim żywiole, kiedy pcha mu marchewki i palce do klatki, a ja mam w końcu chwilę wolnego, na co też narzekać nie mogę ;-)


Miłego dnia!

czwartek, 6 października 2016

KOSMETYKI: INDIGO HOME SPA, czyli jesienna pomoc dla zmęczonych dłoni i paznokci.

W poprzednim poście wspomniałam Wam, że ostatnio zauważyłam ogromny spadek kondycji moich paznokci, o wiecznym przesuszeniu skóry dłoni, z którym nagminnie walczę, nie wspominając. Cieszę się, że mój los nie jest wszystkim obojętny i wczoraj kurier zapukał do mnie z tajemniczą przesyłką od INDIGO, która ma być lekiem na to moje całe zło ;-)


Ale od początku. Coś złego dzieje się z moimi paznokciami - bardzo się łamią, jak trochę odrosną, to okrutnie się rozdwajają, a wiadomo, na słabej płytce hybryda nie utrzyma się, dlatego pomimo tego, że zaopatrzyłam się w nowy mostek LED, kilka lakierów i nowe płyny, tak postanowiłam sobie odpuścić na jakiś czas malowanie hybrydowe. Choć naprawdę jestem już tak od tego uzależniona, że nie wiem, jak długo wytrzymam (myślę, że każda kobieta, która poznała hybrydową wygodę zgodzi się ze mną). Nie wiem, czym spadek tej kondycji jest spowodowany - czy jest to kwestia tego, że jestem w ciąży i wszystko we mnie tyka, jak bomba, czy to kwestia przesilenia jesiennego, kiedy to zawsze mam spadek odporności i brak witamin, czy po prostu moja płytka ma dość hybrydy (uchowaj Boże przed uczuleniem). Na chwilę obecną daję odpocząć moim pazurom, a w każdej wolnej chwili mam zamiar dostarczać im takich dawek witamin i odżywczych substancji, że nie zakładam braku spektakularnej poprawy.

Jak już wspomniałam, po opublikowaniu mojego problemu, znaleźli się dobrzy ludzie, którzy zechcieli mi podesłać lek na całe zło. Przyznam szczerze, że marka INDIGO, do tej pory kojarzyła mi się wyłącznie z lakierami hybrydowymi, jednak jak się okazuje, mają cudowną i bogatą ofertę HOME SPA! W mojej przesyłce dostałam kilka kosmetyków, które po pierwszym użyciu tak mnie zachwyciły, że postanowiłam napisać o nich wcześniej, niż w denku kosmetycznym, po ich wykończeniu.


Podstawowym i najważniejszym dla mnie plusem wszystkich tych kosmetyków jest ich zapach - pachną tak obłędnie, że po prostu odlatuję, przy kremie do rąk najbardziej! W skład mojego niezbędnika wchodzą:


- serum do skórek i paznokci, wersja MIRRA - fantastyczne serum o konsystencji oliwki, zamknięte w eleganckim opakowaniu z pędzelkiem, 
- masło SHEA, wersja POP SUGAR - bogate w witaminę A i E, dzięki czemu skóra jest gładka, dobrze nawilżona i pokryta zabezpieczającym filtrem lipidowym,


- balsam do ciała, wersja AROME 99,
- krem do rąk, wersja SEVENTH HEAVEN - o matulu! jak już wspomniałam, zapach warty grzechu, mam nadzieję, że wszystkie te kosmetyki tak jak cudownie pachną, tak cudownie mi pomogą, ale o efektach opowiem Wam za jakiś czas, jak trochę przetestuję,
- dostałam też katalog z całą gamą kosmetyków, który studiowałam pół nocy i już mogłabym zamówić połowę jego asortymentu!


Chciałam tu jeszcze zamieścić zdjęcie moich aktualnych paznokci, w wersji tzw. "no filter", ale oszczędzę Wam tego w tym pięknym poście - obiecuję, że wersję "przed" i "po" zobaczycie za jakiś czas.

I Babeczki, macie, stosujecie kosmetyki marki INDIGO? Polecacie jeszcze coś z ich oferty? Wstyd się przyznać, ale są to moje pierwsze produkty z tej firmy, ale już wiem, że na pewno nie ostatnie ;-)

poniedziałek, 3 października 2016

Instagram MIX - wrzesień 2016!

DOM!
Nareszcie koniec (oczywiście na chwilę obecną) metamorfozy pokoju Zofianny. Wszystko, co miało stanąć, stanęło na właściwym miejscu, a co miało zawisnąć, zawisło. A wszystkie posty na temat remontu i metamorfozy w poniższych linkach:



 DIY, CZYLI ZRÓB TO SAM!
W tym miesiącu girlanda z pomponów, czyli jak zrobić efektowne, kolorowe, tiulowe pompony. 


 CO U MNIE?
Do tej pory Wam tego nie mówiłam, ale starając się o drugie dziecko, okazało się, że moja tarczyca zaczyna szwankować. Na początku roku odwiedziłam mnóstwo lekarzy, narobiłam mnóstwo USG i innych dziwnych badań, a na końcu zawsze wychodziły mi jakieś chore wyniki - jednego dnia miałam normę TSH przekroczoną dwukrotnie, trzy dni później wszystko w normie, a następnego dnia znów to samo. Potem zaszłam w ciążę i przestały mnie te wahania bawić, jednak moi Doktorkowie odpowiednie leki mi przepisali i do dziś jestem w normie, no ale wiadomo, w normie na lekach. W tamtym tygodniu doczekałam się wizyty u endokrynologa na NFZ, doczekałam po 10 miesiącach i po przedstawieniu wyników z tego okresu, Doktorek stwierdził, że jest to bardzo częsty, ciążowy objaw i po ciąży mi to przejdzie. Właściwie tyle usłyszałam. I właściwie od każdego Doktorka usłyszałam inną wersję, więc nie muszę chyba pisać, jak ręce mi opadają na ten temat. Miała któraś z Was podobny przypadek z tarczycą w ciąży?

Doktorek Gino, dwa tygodnie temu wybadał, że Stanley w 29tc waży 1,6kg, więc jest duży fest (dla porównania, Zofianna ważyła w tym okresie niecały 1kg), więc podobno oznacza to, że 4,5kg mogę spodziewać się w dniu porodu (o klęknijcie narody!). USG też wyszło godne, więc porodu też podobno mam spodziewać się dużo wcześniej, niż za dwa miesiące. I zapewne przejęłabym się tymi terminami trochę, gdybym nie słyszała tej śpiewki dwa lata temu i nie urodziła 10 dni po terminie.

A poza Doktorkami, z babskich spraw, to powoli wracam do tematu mojego rękawa i powoli testuję różne kwiatki na ręce. 
Duży brzuch, duże zmiany, drodzy Państwo!


CO U ZOSI?
We wrześniu była na kolejnym obozie dla trudnej młodzieży - wróciła z koszykiem grzybów i prawem jazdy na traktor, a dwa dni po powrocie wróciła też do swojej podhalańskiej rzeczywistości i nawet nie chce mi się o tym opowiadać. Zwalam wszystko na rosnące piątki (ciekawe ile jeszcze będę zwalać jej charakter na rosnące zęby czy bunt dwulatka, trzylatka, i zapewne osiemnastolatka) i chciałabym powiedzieć, że panuję nad wszystkim, ale... chyba jednak nie panuję ;-)

Do tego, w tym miesiącu szukałam wózka idealnego, spacerowego i petardy (link do wpisu: "DZIECKO: W poszukiwaniu wózka idealnego, czyli przegląd wózków 2016/2017 i moich 5 ulubionych spacerówek.") i dziękuję Wam za każdą radę i komentarz pod wpisem. Dziękuję też Asi i Markowi, wspaniałym rodzicom, którzy spacerowali po Krupówkach z dzieciakiem w Mutsy Igo, wózkiem, który był moim numerem 1 i bardzo szybko i dosadnie wybili mi ten numer 1 z głowy ;-) Na prowadzenie wyszedł Cybex Balios M, ale do tej pory Priamów spotkałam mnóstwo, Baliosa żadnego - gdyby ktoś przyjechał z nim do Zakopanego, dajcie znać, za szczerą opinię grzane wino stawiam ja ;-)


 KOSMETYKI I PAZNOKCIE!
Najpierw opisałam Wam denko kosmetyczne, potem pokazałam Wam kilka nowości (link do wpisu: "KOSMETYKI: Wrześniowe denko kosmetyczne oraz kilka nowości. "). A następnie, kiedy kupiłam nowy mostek LED do lakierów hybrydowych, zrobiłam sobie nowy kolor na pazurach, Semilac 121 Ruby Charm (link do wpisu: "PAZNOKCIE: Think Pink Babe, czyli Semilac 121 - Ruby Charm i mój nowy mostek LED."). I muszę Wam powiedzieć, że okropnie popsuła mi się kondycja paznokci - nie wiem, czy jest to kwestia tego, że jestem w ciąży i wszystko we mnie tyka, jak bomba, czy przesilenia jesiennego, kiedy to zawsze mam spadek odporności i brak witamin, czy po prostu moja płytka ma dość hybrydy. Tak czy siak, postanowiłam zrobić sobie przerwę od lakierów hybrydowych, co najmniej do końca roku, a skupić się na ich regeneracji i odnowie (panie na porodówce na pewno bardzo się ucieszą :P). Polecicie mi coś, na odnowę pazurów i dłoni? Ja już zaopatrzyłam się w kilka zwykłych lakierów i odżywek, jednak wiem, że czegoś bardziej profesjonalnego też będę potrzebować. (BTW, bodajże do jutra w Rossmannie -49% na pazury i usta,
brać!)


 OGŁOSZENIA PARAFIALNE Z ZAKOPANEGO!
Wrzesień był bardzo ciepły i słoneczny, więc udało mi się podładować baterie na nadchodzącą jesień, tym bardziej, że październik nie zapowiada się już tak pięknie, a w środę mamy podobno spodziewać się opadów śniegu w mieście... No cóż, "10 miesięcy zima, a potem tylko lato, lato, lato!" ;-)



ULUBIONE ZDJĘCIE MIESIĄCA!
Krupówki, 8 rano vs. Krupówki, godzina 18.


Zapraszam na INSTAGRAM!

https://www.instagram.com/kasia.gasienicowa/